Posts Tagged ‘macapa’

Moto-nomadzi i krewetkowi piraci

Piątek, grudzień 6th, 2013

Zbliżywszy się do północnych rubieży brazylijskiego imperium musiałem podrapać się w głowę i zacząć co nieco planować.

Dotychczas jechałem po prostu przed siebie, z dnia na dzień sprawdzając pogodę i ustalając jakież to miasto w promieniu 300 km odpowiada moim potrzebom. A potrzeby były proste: jechać na północ (najchętniej po asfalcie), nie zmoknąć, przenocować pod dachem i ewentualnie odwiedzić jakiegoś mechanika.

Rutyna dobiegła kresu gdy na horyzoncie pojawiła się Duża Rzeka; a będąc bardziej szczegółowym - ujście Dużej Rzeki do Oceanu Atlantyckiego. Delta Amazonki, bo o niej mowa, jest w rzeczywistości ogromną gmatwaniną dziesiątek rzek, odnóg i naturalnych kanałów przecinających gęsto porośniętą, podmokłą dżunglę. Teren ów jest dość rozległy. Załączam dla porównania Polskę w tej samej skali.

From South America 2013

Aby przeprawić się na drugą stronę razem z motocyklem, nie ma innego wyjścia niż zapakowanie się na prom płynący z Belem do Macapa poprzez widoczną na mapce sieć kanałów (z których najmniejsze mają szerokość warszawskiej Wisły). Podróż zajmuje 26 godzin plus 8 godzin czekania, czyli w sumie prawie dwa dni. Myślałem, że będzie nudno i nawet przygotowałem parę audiobooków do słuchania, ale o dziwo czas zleciał całkiem przyjemnie i ciekawie.

Jeszcze w porcie, w przeciągającym się oczekiwaniu na załadunek, poznałem Bocao oraz Vavę, dwóch rasowych motocyklistów na równie rasowych maszynach.

From South America 2013

Bocao i Vava na co dzień są przedsiębiorcami, lecz hobbystycznie raz na czas ruszają w teren, aby wyszaleć się na motocyklach. Jeżdzą off-roadowo od piętnastu lat, a ich jazda wygląda następująco:



Powyższe wideo jest zajawką całego filmu dokumentalnego z ich wyprawy. Pełnometrażowe i profesjonalnie zmontowane filmy Vava sprzedaje na swojej stronie internetowej oNomade.net, dzięki czemu ich hobby zwraca się z nawiązką. Właśnie nagrywają trzeci film; tym razem postanowili udokumentować wszystkie brazylijskie plaże.

Spędziliśmy sporo czasu na pogaduchach w języku anglo-migowo-portugalskim :) Bocao i Vava kręcili głowami, patrząc na poły z przerażeniem, a na poły z politowaniem, gdy im opowiadałem, że na mojej chińskiej motorynce objeżdzam kontynent. I że uprzednio nie miałem właściwie żadnego doświadczenia w prowadzeniu motocykla. Ja również kręciłem głową - tyle że z podziwu i zazdrości - gdy prezentowali mi fragmenty innych nakręconych przez nich materiałów. Już wiem, jak będzie wyglądać moja kolejna wyprawa :)

Prom miał planowo wypłynąć w południe… i już o 17:00 odbiliśmy od brzegu! Tranquilo.

Statek wyglądał porządnie, choć był dość prymitywny. Po prostu wielka stalowa barka składająca się z trzech pokładów. Na pierwszym pokładzie ładownia, gdzie zaparkowałem mój motor - razem z trzema innymi motocyklami, dwoma samochodami osobowymi oraz toną jagód açaí, które przeładowano z innego statku w środku nocy.

From South America 2013

Pokład drugi był przeznaczony dla pasażerów. Na miejsca do spania składało się jakies osiemdziesiąt kolorowych hamaków oraz osiem bardzo ascetycznych (choć klimatyzowanych) mini-kajut dwuosobowych.

From South America 2013

Trzeci pokład to częściowo tylko zadaszony bar z muzyką i piwem. Piwo było tanie - i w efekcie lało się strumieniami. Mój kajutowy współlokator, całkiem przyjazny autochton z Macapy, pił już od godziny 17:00, podobnie jak większa część mężczyzn na statku. Nikt jednak po pijaku za burtę nie wypadł, co zapewne należy przypisać temperaturze 35 stopni Celsjusza, powodującej rychłe parowanie przyjmowanych płynów. Około północy wszyscy byli już na tyle zmęczeni tym parowaniem, że udali się na zasłużony spoczynek.



W niedzielę około ósmej rano na statku zapanowało gorączkowe poruszenie. Kapitan przeciągle zatrąbił syreną, a ludzie zaczęli jeden przez drugiego wyglądać za barierki, spoglądając ze zdziwieniem i niedowierzaniem. Po chwili i ja mogłem naocznie stwierdzić, że zostaliśmy napadnięci!

Niczym płynącego powolnie wieloryba otoczyło nas po bokach kilka zwinnych, niewielkich, podłużnych łodek. Większość z nich była napędzana silnikami, więc bez problemu mogły manewrować wokół nas, wybrawszy ostatecznie strategię ataku od rufy.

From South America 2013

Jedna z łódeczek miała jednak do dyspozycji wyłącznie wiosła - ta brawurowo niemalże przecięła naszą trajektorię, pakując się prosto pod dziób promu i równając bokiem w ostatniej chwili. Jeden z piratów przeskoczył na nasz pokład i zahaczył hak o barierkę, a jego kompan prując plecami po wodzie, zawiesił się na linie, aby ją naciągnąć i przycumować prawie już tonącą łódeczkę do burty promu. Prom nie zwolnił ani na moment.

From South America 2013

Ze sprawnie doczepionych kajaków jeszcze sprawniej wyskoczyła indiańska dzieciarnia w ilości kilkunastu sztuk - i poczęła biegać między pasażerami. Dzieciarnia, na oko w wieku od lat 5 do 15, była wyposażona w małe plecione koszyczki wypełnione… świeżymi krewetkami.

From South America 2013
From South America 2013
From South America 2013

Pasażerowie reagowali dość ochoczo i sprzedanie przywiezionych zapasów nie zajęło więcej niż dwadzieścia minut. Zadowoleni piraci odczepili swoje kajaki i odpłynęli.

Równie szczęśliwi nabywcy zajęli się natomiast odrywaniem małych krewetkowych główek z okrągłymi czarnymi oczkami i cienkimi, długimi czułkami. Naturalne, zdrowe, organiczne jedzenie w najczystszej postaci! :)