Jak się żyje na Fiji

maj 16th, 2009

Jest ogólnie drogo, ale to nie znaczy, że nie da się dobrze ustawić :)

Znów miałem sporo szczęścia. Poprzez Couchsurfing trafiłem do hinduskiej rodziny, która jako jedna z niewielu w Savusavu dysponuje stałym łączem internetowym i pokojem w “centrum” do wynajęcia. To naprawdę wyjątkowy fart, ta mieścina to są DOSŁOWNIE dwie ulice na krzyz, przy czym tylko na jednej jest trochę sklepów. Zyje tu sporo zachodnich ludzi, lecz wszyscy mają posesje kilkanaście kilometrów od miasta i w razie potrzeby dojeżdzają samochodem. Taki układ nie wchodził w grę, bo za miastem nie ma Internetu.

Mieszkam zatem w kawalerce dobudowanej do domu lokalnej rodziny. Za pokój płacę 520 PLN miesięcznie. Warunki przypominające Indie - nic nadzwyczajnego. No ale przynajmniej nie śpię już w 8 osobowych dormitory-rooms. Mam własną łazienkę, lodówkę i miejsce do pracy. Za dodatkowe 100 PLN tygodniowo hinduska rodzina mnie karmi - 4 posiłki dziennie (śniadanie, lunch, podwieczorek i obiadokolacja). Pyszniaste wegetariańskie jedzenie i bardzo mili ludzie. Dzieciaki mają Playstation2, więc czasem pogram sobie w Need For Speed :)

Internet jest gratis i to w dwóch opcjach. Albo chodzę obok do domu gospodarzy i podpinam się do kabla na pare godzin - albo siadam w swojej kawalerce i kładę nogi na stół - bo wtedy łapie mi skądś internet bezprzewodowy :):)

DSCF6257.JPGPracować przed ekranem można w dowolnym miejscu na świecie :)

Zaczynam chyba powoli rozumieć klimat wysp Pacyfiku. To jest dosłownie drugi koniec świata - i to jest ich podstawowa zaleta. Nie da się uciec dalej.

Ludzie przyjeżdzają tutaj na kilka miesięcy w roku po to, żeby oderwać się od cywilizacji, odreagować. Zaszyć się w dżungli, gdzie można bez przeszkód pić piwo, zapalić trawę, usmażyć sobie coś na grillu. Gapic sie na palmy, i niczym sie nie przejmować. A wieczorem zaprawić się Kavą.

Kava jest popularna na wszystkich wyspach Oceanu Spokojnego i wbrew pozorom nie ma nic wspólnego ze zwykłą kawą. Właściwie jest jej przeciwieństwem, ma bowiem efekt usypiająco-rozluźniający. Kave robi się z suszonego korzenia lokalnej odmiany pieprzu. Korzeń ściera się na proszek, zawija w szmatkę i rozrabia z letnią wodą. Wywar przyrządza się w dużej misce, z której całe towarzystwo pije do spółki. Roztwór nie ma żadnego zapachu, kolor blado-mętno-szary, smak nijaki. Spróbowałem trochę, to zdrętwiał mi język :P

Kava powder making of Kava

http://pl.wikipedia.org/wiki/Piper_methysticum - tutaj jest szerszy opis na Wiki.

Jeśli po przeczytaniu przyszło wam do głowy, że mógłbym Wam troche wysłać, to donoszę, że w Unii Europejskiej pieprz metystynowy jest uznawany za narkotyk i jego sprzedaż jest nielegalna :)

A zatem klimat Fidżi to nie jest do końca mój klimat, bo ja od 3 miesięcy nie piję nawet zwykłej kawy, nie mówiąc o poważniejszych używkach. Ale rozumiem, że ludzie mają różne sposoby  ”odreagowywania”.

Ja sobie codziennie ćwiczę jogę i medytuję. A jutro pójdę na 10 rano do kościoła po drugiej stronie ulicy, gdzie chrześcijańscy Fidżijczycy z prawdziwymi afro-czuprynami grają rewelacyjną muzykę gospel :)  Będzie fun!

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Fiji jak z obrazka?

maj 13th, 2009

Pacyfik, błękitne laguny, złociste plaże i girlandy. Raj na ziemi i drinki z palemką.

Jeżeli takie jest Wasze wyobrażenie na temat Fiji, to znaczy, że podobnie jak ja - macie mózgi wyprane przez agentów turystycznych i katalogi biur podróży :) Niestety ma to niewiele wspólnego z rzeczywistością.

Może jednak zanim zacznę pastwić się nad Fidżi - trochę pozytywów na dobry początek :)

  • Jest ciepło, ale bez przesadnego skwaru. Około 26-30 stopni. Klimat bardzo przyzwoity, właśnie skończyła się pora deszczowa. Nie ma zbyt wiele komarów. Powietrze ma zapach wakacji. Reumatyzm w kolanach, który męczył mnie przez całą Nową Zelandię - zniknął, jak ręką odjął :)
  • Jest śliczna natura. Tropikalna dżungla niesamowicie gęsta - przez okno samolotu wydawało mi się, że to wielkie połacie trawy, a to po prostu drzewa rosnące tak blisko siebie, że tworzą jeden ogromny płat zieleni. Na dodatek teren jest górzysty - jak w Nowej Zelandii - co dodaje mu uroku. Fidżi = zielone wzgórza.
  • Ludzie są tutaj przyjaźni. Uśmiechają się na ulicy, pozdrawiają. Nie ma sztucznych barier kontaktu. Nie da się odczuć, że jeszcze 200 lat temu lokalni mieszkańcy praktykowali kanibalizm :)

DSCF6188.JPG

A teraz do rzeczy:

Fiji to po prostu Indie. Daniel powiedział: “wypaczone Indie” i w zupełności się z nim zgadzam. Wypaczone dlatego, że wszystko jest tutaj 3 razy droższe niż w Indiach! Poza cenami - różnic jest niewiele. Ten sam bałagan, ta sama rozlazłość, to samo powolne tempo. Nawet autobusy są podobnie rozpadnięte, a lotnisko w Nadi (główny port lotniczy na Fiji) miało przegniły sufit - dokładnie jak w Bombaju.

Owszem - jest ciepło, są piękne palmy, wzgórza i wysepki. Ale dla lokalnej społeczności to nie jest nic nadzwyczajnego - w końcu mają to od zawsze, więc nie kultywują tego ślicznego krajobrazu. Wszystko jest zrobione tanio, kiczowato i na odpierdziel; na próżno szukać krzty artyzmu. Mam wrażenie, że Fidżijczycy żyją po linii najmniejszego oporu: śmieci wrzucają do rzeki i ścinają całe palmy, po to żeby zebrać owoce.

Nie czepiał bym się, gdyby tutaj było tanio. Ale nie jest. Poziom cen łatwo można określić poprzez koszt półtoralitrowej butelki wody. Na Fidżi najtańsza woda kosztuje 2,30 PLN. W Singapurze 2,5 PLN. Na Bali kosztowała 1 PLN, w Indiach 85 groszy. A zatem ceny na Fidżi są niemalże europejskie, a standard życia nijak do tych cen nie przystaje.

DSCF6207.JPG

DSCF6194.JPG

Przy takich cenach, to tutaj wszędzie powinna być klimatyzacja, czyste chodniki, dobre drogi i ciepła woda w kranie. Nic z tych rzeczy. Wszystko jest stare i poobdzierane; większość sklepów straszy wystrojem wnętrza. Drogi są dziurawe, a na tych drogach… co trzecie auto to NOWA Toyota Hilux lub Nissan Navara. Nie mam pojęcia kogo stać na te samochody, bo większość społeczeństwa zdaje się żyć na granicy ubostwa. To wszystko nie trzyma się kupy wedle mojego rozumowania.

Może też obiektywnie nie trzyma sie kupy, bowiem na 22 lata temu na Fiji rządy przejęło wojsko i najwidoczniej postawiło na inne priorytety, niż dbanie o poziom życia obywateli. właśnie kolejny raz przesuneli datę wyborów (z 2009 na 2014). Prasa jest od jakiegos czasu cenzurowana, a pare tygodni temu chłopaki z koszarów wymyślili, że zdewaluują swoją walutę o 20%, żeby móc dodrukować trochę pieniędzy… Nie wiem, czy powinienem pisać więcej, bo jeszcze mnie znajdą i deportują.. :)

Wygląda na to, że Fidżi to doskonałe miejsce aby przypłynąć jachtem do kurortu i spędzić luksusowy miesiąc miodowy w cenie 500 USD za dobę od osoby. Ale w żadnym wypadku nie wychodzić na zakupy do miasta.

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Bula from Fiji!

maj 9th, 2009

Uff. Dojechalem na Fiji :)
Bula! znaczy “Hello” w lokalnym narzeczu.

DSCF6164.JPG

Pierwszy raz nocuje u Couchsurferów, bardzo miła para. Diane, irlandzka tatuażystka (lat 40) oraz Paul - fidżijski wojskowy, lat 30 :) Jak przyjechalem, to Diane właśnie robiła tatuaż dla znajomej.

DSCF6167.JPG

Nocuje u nich dzis, a jutro przenoszę się na wyspę Vanua Levu - gdzie inny Couchsurfer ma mi pomóc zalatwic jakies niedrogie mieszkanie. Mam nadzieje, ze uda sie podlaczyc internet. Jak tylko sie jakos urządzę, to dam znac!

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Czy da się przejechać z USA do Ameryki Południowej?

maj 6th, 2009

Takie własnie pytanie przyszlo mi do glowy w ramach marzeń i planowania dalszych etapów podróży :) Zastanawialiście się kiedys nad tym? No bo przecież skoro obie Ameryki są połączone i rozdziela je jedynie kanał panamski (nad którym na pewno jest jakiś most) - to chyba powinno się dać dojechać z Kaliforni do Argentyny na przykład.

Otóż niezupełnie. I główną przeszkodą wcale nie jest świńska grypa w Meksyku. Ameryka Północna i Południowa są co prawda połączone drogą (Pan-American Highway), ale droga ta ma niewielką przerwę między Panamą a Kolumbią. Dziura ma długość 160 kilometrów i nazywa się wdzięcznie “Darien Gap“. Pomimo wielokrotnych inicjatyw wielu państw - póki co nie udało się tam nic wybudować.

Po prostu w Panamie kończy się droga, a zaczyna bagnista kolumbijska dżungla, do której nie powinno się wjeżdzać inaczej niż czołgiem. Istnieją śmiałkowie, którzy przeprawili się przez ten odcinek na motocyklach lub rowerem - i tak jest ponoć dużo łatwiej niż samochodem. W latach 1985 - 1987 ktoś przejechał przez Darien Gap jeepem. Dwa lata przeprawiał się przez odcinek 160 km! - obstawiam, że rozłożył jeepa na części i go przeniosł.

Trzeba także liczyć się z ryzykiem, że w pewnym momencie kolumbijscy guerillas przystawią ci lufę do skroni i dalej pojdziesz piechotą. Lub nie pójdziesz. Kartele narkotykowe polują na białych turystów, gdyż ci stanowią doskonały materiał na zakładników.

Jeżeli zatem nie jesteś komandosem, to jedyną alternatywą przy przeprawie samochodowej przez ten odcinek jest zapakowanie auta w kontener i wysłanie go statkiem z Panamy do Ekwadoru. Samemu zaś udać się trzeba na samolot, co rzecz jasna czyni całe przedsięwzięcie kompletnie nieopłacalnym finansowo.

* * *

Może jednak podróż przez samą Amerykę Południową byłaby dostatecznie dobrą przygodą? Można kupić w Ekwadorze jakiegoś starego Passata kombi, wziąć trochę 10$ banknotów na “mandaty” dla lokalnej policji i cała naprzód na południe! Spanie w samochodzie lub namiocie, kąpanie się w rzekach i polowanie na lokalne owoce. No i oczywiście nauka hiszpańskiego w przyspieszonym trybie :)

Ekwador, Peru, Boliwia, Brazylia, Argentyna - są względnie tanie i dosyć bezpieczne. Jakies 4000 kilometrów da się zrobić w jeden miesiąc, auto można sprzedać na końcu podróży. Dobry plan? Jeżeli ktoś by był zainteresowany taką wyprawą, to zapraszam! Planuję być w tamtych okolicach we wrzesniu :)

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

WWOOFing + PROUT, czyli Vistara

maj 3rd, 2009

Kasa się chwilowo skurczyła, wiec wymyśliłem, że potrzebuję zerowych kosztów życia. Zerowe koszty życia = WOOFING. WWOOFing jest popularny w Australii i NZ - polega na tym, że pracuje się gdzieś 3-4h dziennie w zamian za zakwaterowanie i wyżywienie. Prawidłowe rozwinięcie skrótu to “Willing Workers on Organic Farms” ale w moim przypadku oznacza raczej “will work for food” :)

Trafiłem do domostwa Harideva i Guruvati. Haridev i Guruvati są Nowozelandczykami i tak naprawde nazywają się Bruce i Kate, ale wolą swoje “imiona duchowe”. Mieszkają 20 kilometrów od najbliższej cywilizacji, razem z dwoma innymi rodzinami. Na posiadłości są trzy ogromne domy, kilka dobrych kawałków ogrodu, trochę krów oraz… sala medytacyjna. Miejsce nazywa się Vistara.

Medytuje się tutaj dwa razy dziennie. Rano indywidualnie - każdy w swoim rytmie, a wieczorem wspólnie. Wieczorne spotkania są całkiem przyjemne - najpierw jest pół godziny śpiewania i tańczenia do prostych rytmów, potem niesamowita sanskrycka mantra, pół godziny medytacji, znowu mantra, trochę ćwiczeń z rytmiki, a następnie pyszny wegetariański obiad w wykonaniu Guruvati :) Hasło przewodnie osadników to  “Baba nam Kevalam”, co podobno znaczy “Wszystko jest miłością”.

DSCF6105.JPG

Jakby to wszystko wydawało się wam niedostatecznie odjechane, to dodam że mieszkańcy Vistary starają się żyć wedle wytycznych Teorii Postępowego Użytkowania - w skrócie PROUT. PROUT to teoria ekonomiczna, ktora w dużym skrócie polega na tym, żeby odwrócić procesy globalizacyjne i prowadzić uduchowione życie w niewielkich, samowystarczalnych społecznościach. Jeść to, co wyrośnie w okolicy, modlić się, rozwijać duchowo, wyzbyc się egoizmu, pracować w kolektywach i dbać o planetę.

Przeczytałem pół książki w powyższym temacie i dało mi to troche do myślenia. Teoria ciekawa o tyle, że wytyka bardzo dokładnie wszystkie słabe punkty i bolączki kapitalizmu. Lecz proponowane przez Proutystów rozwiązania można włożyc między bajki, bo to jest po prostu socjalizm w innym opakowaniu i utopia taka, że mózg paruje.

Zwolennicy PROUTu wieszczą, że niebawem czeka nas Ostateczny Krach Systemu Korporacji. Kapitalizm wystrzeli jak kapiszon i zostanie po nim tylko troche dymu. Jeszcze tylko musimy poczekać do 2012 roku, kiedy to w wyniku wygranej Polaków w mistrzostwach piłki nożnej nastąpi przebiegunowanie Ziemi, ropa naftowa się skończy, Antarktyda się roztopi, a giełdy papierów wartościowych zostaną zakazane.

Wtedy przyjdzie czas na Nowy Ład, w którym wreszcie będą mogli rządzić ci, którzy nie radzą sobie w kapitaliźmie - czyli na przykład ja :)

Poza medytowaniem, śpiewaniem i teoretyzowaniem w Vistarze są jeszcze inne rzeczy do robienia. W ciągu ostatnich kilku dni:

- zrywałem jabłka,
- zbierałem orzechy,
- zmywałem naczynia,
- zbierałem krowie łajno z łąki i przewoziłem taczką do kompostownika,
- taszczyłem połamane gałęzie z placu na polanę,
- rąbałem drewno na podpałkę,
- wykonywałem inne proste prace ogrodowe.
DSCF6087.JPG
Wnioski? Absolwenci SGH wcale nie muszą sprzedawać frytek w McDonaldzie! Mogą też pracowac za darmo na farmie u socjalistów.

Swietna przygoda, nowe wyzwania, zimny prysznic dla ego, dużo bodźców do przemyśleń i kopniak motywacyjny. Wystarczy - jutro się stąd zmywam.

Czas przysiąść przed ekranem i zarobić kasę na przelot do Savusavu, małej miejscowosci w północnej części Fiji.

P.S. Sprzedam Wam przepis na super wegetariańskie kotlety: czerwona fasola z puszki + ugotowany ryż + orzechy włoskie + trochę bułki tartej + przyprawy do smaku. Wszystko zmiksowac na miazgę, uformować jak kotlety mielone i usmażyć. Podawać z sosem pomidorowym. Pycha!

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Plany na Pacyfik

kwiecień 30th, 2009

Siedze przy herbacie, marzną mi stopy, więc na pocieszenie planuję moją dalszą podróż i snuję marzenia o przedostaniu się do “ciepłych krajów” :) Nostalgicznie wspominam Bali, ale nie zamierzam tam wracać w tym roku, bo trzymam się planu podrózowania na wschód. Celem nadrzędnym jest przecież objechanie planety :)

Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę z tego, jak ogromny jest Ocean Spokojny. Jest przynajmniej 2 razy taki jak Atlantyk i na dobrą sprawę zajmuje połowę globu! Na mapie tego nie widać, bo płaskie mapy zafałszowują rzeczywistość. Dopiero po spojrzeniu na globus lub zdjęcie Ziemi możemy docenić ogrom największego oceanu:

Ziemia od strony Pacyfiku                           From Round the World - New Zealand

Moje planowanie wygląda następująco:

  1. Otwieram Google Maps, przybliżam Ocean Spokojny i patrzę, co tam wyrasta. Wyrasta jakieś 20 do 30 tysięcy wysp (ponoć dokładnie nie policzono jeszcze).
  2. Jak już zlokalizuję coś sensownie dużego, to notuję nazwę i sprawdzam daną miejscówkę na Wikipedii, Wikitravel oraz w poradniku MSZ. Trzeba sprawdzić, czy mają bankomaty, czy potrzebne są wizy i ile maksymalnie można zostać.
  3. Wchodzę na wyszukiwarki lotów aby sprawdzić, co tam lata, ile kosztuje oraz (ważne!) czy da się stamtąd przedostać na kolejną wyspę bez cofania się do miejsca wylotu.
  4. Po obraniu kilku najsensowniejszych typów - piszę na forach podróżniczych z pytaniami o koszty i standard życia na danej wyspie. Bardzo pomocna jest w tym społeczność CouchSurferów.

Idealnym rozwiązaniem dla mnie byłby “Pacific Island Hopping”. Czyli przeskakiwanie z wyspy na wyspę co 4 tygodnie. Lokalne linie lotnicze są zawsze tańsze, a odległości mniejsze - bo poruszałbym się po najkrótszej trajektorii. To tylko jednak teoria. W praktyce okazuje się, że niewiele linii lata pomiędzy wyspami i na przykład aby wydostać się z Cook Islands to trzeba wrócić do Nowej Zelandii.

Póki co z sensownych miejscówek ostały się: Tonga, Fiji i Samoa.

From Round the World - New Zealand

Tonga do 2005 roku była ostatnią na świecie monarchią absolutną. Właśnie zaczęli się reformować i mają już nawet pierwszego premiera. Nie mogę się od nikogo dowiedziec, czy jest tam Internet - ale chyba nie może byc tak źle, bowiem wszystkie domeny typu chce.to, zrobie.to, olej.to - są rejestrowane właśnie w Tonga.

Na Fiji są teraz jakies zamieszki polityczne - odkad wojsko przejęło rządy pare lat temu. Australia i Nowa Zelandia odradzają swoim obywatelom podróze na Fiji. Może dzieki temu bedzie taniej :) Jakby na zachętę rząd Fidżijski właśnie zdewaluował swoją walutę o 20%.

Samoa byłaby najsensowniejsza terytorialnie, gdyż jest najdalej wysunięta na wschód. Jednak z Samoa da się przedostać prawdopodobnie wyłącznie na Hawaje - a ja ostatnio myślę o tym, żeby lecieć prosto do Ameryki Południowej. Ponoć w Boliwii są bardzo mili ludzie i bardzo niskie ceny :)

Na koniec ciekawostka:  jestem już blisko Międzynarodowej Linii Daty (International Date Line). Podróżując z zachodu na wschód - przy przekraczaniu tej linii - cofamy zegarki o równą dobę. Co oznacza, że np. lecąc z Tonga na Samoa przylatuje się o jeden dzień wcześniej, niż się wyleciało! :) Na bilecie lotniczym podane są zawsze czasy lokalne, więc musi to wyglądać zaskakująco.

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Wrażenia z Nelson

kwiecień 25th, 2009

Jestem w Nelson.
Generalnie ta Nowa Zelandia to porażka :)
Nie wiem po jaką cholerę się tutaj wepchałem.

Po pierwsze - poprzez moje spóźnienie jednodniowe - rozminęły sie nam drogi z Danielem. Daniel pojechal na wycieczkę objazdową po NZ, a ja postanowilem siedzieć na tylku i pracować.

Po drugie - mimo, ze przeniosłem się do Nelson, najcieplejszego punktu na poludniowej wyspie - to i tak zamarzam przy tych 14 stopniach Celsjusza.

Po trzecie - nie mam kasy :) Tzn coś tam skapuje, ale zdecydowanie za wolno i za mało. Nowa Zelandia jest niby troche tańsza niż Australia - ale niewiele. Zbieram na kolejny bilet lotniczy - lecz przy bieżących kosztach życia to zajmie mi długo, bo pasywny dochód się niespodziewanie skurczył.

Moje ogólne wrażenia po pierwszym tygodniu w NZ:

Jest ładnie - obiektywnie bardzo ładnie. Nowa Zelandia przypomina trochę świat z obrazków rysowanych przez dzieci w przedszkolu. Tutaj wzgórze, tu słoneczko, tutaj drzewko, ładny biały domek, błękitne niebo, a w oddali leci samolot. Otoczenie emanuje spokojem. Myślę, że życie tutaj jest łatwe, przyjemne i powooolne.

From Round the World - New Zealand

Widoczki są śliczne - jechałem autobusem kilkaset kilometrów wzdłuż wybrzeża. Z prawej strony plaża, a z lewej - dosłownie na wyciągnięcie ręki - wysokie góry. Pierwsze miejsce na świecie, gdzie widzę lasy iglaste obok palm.

Z drugiej strony - Nowa Zelandia trąci nieco zaściankowością. Szczególnie w porównaniu do Australii, która byla energiczna i przebojowa. Mam wrażenie, że w tej Nowej Zelandii kompletnie nic sie nie dzieje! Turystów natomiast traktuje się jako zło konieczne. Niby profesjonalnie - ale tak naprawdę to “zapłać i spadaj”. Kiwis (tak o sobie mówią Nowozelandczycy) woleliby sobie spokojnie żyć i żeby nikt im nie zawracał pośladków.

Wiele razy zdarzyło się, że przechodziłem lub przejeżdzałem obok hotelu backpackerskiego - więc zawsze się zatrzymuje i pytam o cenę, a nuż jest taniej lub ładniej. Za każdym razem obsługa wygląda na zdziwioną! Pytają się podejrzliwie czy mam rezerwację (jakby był środek sezonu) i co robię w Nowej Zelandii (jakby to mialo jakiekolwiek znaczenie). Czy ja wyglądam na biednego Polaka, czy co?? :):)

Zadokowałem się w całkiem fajnym, czystym i profesjonalnie prowadzonym hostelu z darmowym WiFi. Ale po 2 dniach właściciel powiedział mi, że raczej nie mogę zostać na długo, bo ja siedzę i pracuję na komputerze zamiast zwiedzać - a to nie jest biuro tylko hostel. WTF?? Przecież siedze spokojnie z własnym laptopem na kanapie i nikomu w drogę nie wchodzę.

Póki co sądzę, że Kiwis to sztywniacy. Zobaczymy co dalej.

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Jesień w Kiwilandii :)

kwiecień 16th, 2009

Jestem już w Nowej Zelandii - czyli dokładnie na drugim końcu świata :) Różnica czasu względem Polski to +10 godzin. I wszędzie daleko:

From Round the World - New Zealand

(BTW - ile miast z tej listy znacie?)

Nie obyło się bez przygód: w Sydney nie wpuścili mnie na samolot, bo nie miałem biletu powrotnego/wylotowego z NZ. Ostatecznie poleciałem dzień później, wyposażony w najtańszy powrotny bilet do Sydney, z którego jednak nie mam zamiaru korzystać. Ponoć Nowa Zelandia jest bardzo strict pod tym względem i każdy ma mieć bilet powrotny - nie tylko obywatele biedniejszej części UE. Już na miejscu, zanim wbili mi wizę na 3 miesiące - rownież musiałem okazać bilet powrotny, wypytali mnie czym się zajmuję i co zamierzam robić w NZ. Poczułem się trochę jak 15 lat temu przy wjeździe do Wielkiej Brytanii - na cenzurowanym.

Wylądowałem w miejscowości Christchurch - największe miasto na południowej wyspie - 350 tysięcy mieszkańców. Cała Nowa Zelandia ma 4 miliony obywateli. Kraj składa się z dwóch głównych i wielu pomniejszych wysp, a wyspy składają się głównie z gór :)

Wyspa południowa jest podobno ciekawsza i to ona służyła jako tło do zapierających dech w piersiach scen we Władcy Pierścieni. Trwa tutaj zaawansowana jesień, liście lecą z drzew. Temperatury około 15 stopni Celsjusza, domy trzeba już ogrzewać. Całkiem naturalnie się z tym czuję - w końcu przez ostatnich kilka miesięcy było u mnie lato :)

Christchurch to prawie jak Częstochowa, duży kościół na środku i niewiele więcej do oglądania poza sztucznymi atrakcjami dla turystów. Za kilka dni przenoszę się o 300 kilometrów wyżej, do Nelson, które ma być cieplejsze i bardziej kameralne. Posiedze tam pewnie jakieś dwa miesiące, popracuję, objadę wyspę, a potem będę się jakoś przeprawiał przez Pacyfik.

Niebawem więcej fotek. Do zobaczenia! :)

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Sydney

kwiecień 15th, 2009

Sydney mi się nie podoba. Kompletnie nic nadzwyczajnego. Brudno, drogo, ludzie niezbyt mili. Natomiast spotkałem osoby, które są w tym mieście zakochane. Więc pewnie jest tak jak z Nowym Jorkiem - you love it, or you hate it.

No dobra - trzeba przyznać: w porównaniu do Nowego Jorku, to tutaj jest bajecznie :) Wiecej przestrzeni, kilkadziesiąt plaż i przyzwoita temperatura przez cały rok. Ale ja dalej twierdzę, że to nic nadzwyczajnego.

Po wyjezdzie Daniela zadokowalem sie najtanszym mozliwym hostelu dla backpakersów. 10 osobowy dormitory-room. Mixed, czyli dziewczynki i chłopcy razem.

Backpakerskie hostele w Australii to fenomen. Są zawsze w centrum miasta, większość z nich jest otwarta dla wszystkich - można wejść, skorzystać z kuchni, wziąć prysznic, zostawić bagaże w locker roomie, zasięgnąć porady od innych backpackerów, podładować komórkę i skorzystać z netu - czasem nawet za darmo.

Mój hostel w Sydney jest przeznaczony dla ludzi, którzy oszczędzają na zakwaterowaniu, aby mieć kasę na zabawę. Gdy o 7 rano wychodzę robić jogę do parku, to akurat część lokatorów wraca z imprezy. Klimaty jak z polskich akademików - rozwalone fotele, przybrudzona kuchnia, telewizor na full i osowiałe twarze niewyspanych poszukiwaczy nocnych wrażeń. Karaluchy też swojsko wygladają - są dużo mniejsze niż w Azji.

(Jest 11 rano. Właśnie ktoś radośnie krzyczy do sprzątaczki: “You don’t have to clean here, I’m still drunk, I don’t care”) *.

Zapoznałem się z fajnym Szwedem, ale po tym jak zobaczył że medytuję, to przestał się do mnie odzywać - najpewniej uznał mnie za dziwaka. Anglik z sąsiedniego pokoju zapytał mnie skąd pochodzę, po czym pochwalił się znajomością języka polskiego, recytując “spierdalaj, kurwa mać”. Koreanka wygląda na bratnią duszę - też jest spłukana i zbiera na kolejny bilet. Amerykanin, który śpi pode mną jest najbardziej uśmiechnięty - może dlatego, że pali trawę codziennie na śniadanie.

Jest wszechogarniająca rozpierducha i staniki na podłodze, ale ogólnie to mam tutaj bardzo dobre warunki do pracy - w dzień mogę pracować bo wszyscy śpią, a w nocy mogę spokojnie spać, bo wszyscy się bawią na mieście. Jest stabilnie działające Wi-Fi, ciepła woda i prąd - czyli wszystko, czego na co dzień brakowało w campervanie :)

*) później się okazało, że to był Polak
Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Campervanem przez Australię

kwiecień 15th, 2009

Odległość z Cairns do Sydney wynosi 2700 kilometrów. To trochę dalej niż z Gdańska do Aten. Miejscami odbijaliśmy, wiec wyszło ponad trzy tysiące kilometrów w 10 dni.

From Round the World - Australia

Dostaliśmy naprawdę świetne auto za bardzo dobrą kasę. Tutaj muszę przyznać honory Danielowi, bo to on je zmaterializował z moją tylko niewielką pomocą :)

Podróż campervanem to przygoda sama w sobie. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę z kilku ograniczeń:

- campervan nie posiada prysznica
- campervan nie posiada toalety
- campervan nie posiada gniazdka 220V. Tzn - gniazdko jest, ale działa poprawnie tylko jak sie campervana podłączy do zewnetrznego źródła prądu.

Zewnętrzne źródło prądu jest dostępne w tzw. camper-parkach, których po drodze jest bardzo wiele. Camper-park kosztuje jednak 25 dolarów za dobę i z oczywistych względów nie wchodził w grę. Nie po to wypożyczyliśmy campera, żeby jeszcze płacić za noclegi :)

Każdego dnia zatem, zanim pomyśleliśmy, co chcemy zobaczyć - trzeba było zlokalizować miejsce do kąpania, toaletę, prąd, a najlepiej jeszcze internet. Wschodnie wybrzeże Australii okazało się do tego doskonale przystosowane.

Właściwie wszędzie gdzie dało się zatrzymać - była również przyzwoita toaleta, często z prysznicem. Jeżeli nie w ramach kompleksu plażowego, to na stacji benzynowej lub parku. Oczywiście za darmo. Każda turystyczna zajezdnia jest też wyposażona w stoły - można zatem przyrządzić jedzonko w camperze i zjeść na świezym powietrzu z jakimś ładnym widokiem.

Laptopy i komórki ładowaliśmy we wszechobecnych McDonaldach, które oferują również darmowe WiFi. Hasło “I’m lovin’ it” nabrało nowego znaczenia. McDonald jest bardzo dobry - pod warunkiem, że nie jesz jego frytek i hamburgerów :) Dla przyzwoitości kupowaliśmy loda za 50 centów i siedzieliśmy po 4 godziny nadrabiając biznesowe zaległości na sieci :)

No dobra, ale co ze zwiedzaniem?
zwiedzanie odbywało sie w tak zwanym “międzyczasie”.

Widzieliśmy:

  • dużo ładnych plaż, przy których nie można się kąpać, bo w oceanie grasują zabójcze meduzy.
  • 50 metrowe sosny - tak grube, że 3 osób nie starczy aby je objąć.
  • duże białe papugi latające normalnie po mieście
  • trochę australijskich stepów,
  • kilka klimatycznych australijskich miasteczek, ktore wyglądały jak makiety z filmów o dzikim zachodzie
  • jakiś bar na kompletnym odludziu, którego właściciele nie trzeźwieją od lat
  • no i oczywiscie kangury i koale.

Na kangury natknęlismy sie wczesnie rano, gdy szukalismy miejscówki na jogę. Pasły się normalnie przy drodze i prawie wcale się nie bały ludzi. Kangur to taki przerośnięty królik, może troche wymieszany ze szczurem. Wybryk natury - porusza się przezabawnie.

From Round the World - Australia

Za koale musieliśmy zapłacić 20 dolców, bo nigdzie po drodze się nie pojawił. Potem sie okazało dlaczego - koale śpią po 20 godzin, bo nażrą się eukapiltusa i nic więcej im się nie chce. Australijczycy montują specjalne wiszące tunele nad autostradami, żeby koala mógł się przeprawić z jednej strony szosy na drugą - jeżeli się przypadkiem obudzi.

From Round the World - Australia

Na koniec trafiliśmy na warsztaty pt. Health and Happiness do Brodatego Guru. Wstęp do jogi i medytacji dla zapracowanych Sydnejczyków. Był to zdecydowanie najprzyjemniejszy element pobytu w Sydney.

Sydney kompletnie różni się od reszty Australii - pewnie na takiej samej zasadzie jak Warszawa różni się od pojezierza mazurskiego :)

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop