Archive for the ‘Indie’ Category

Livin’ on the edge

Środa, listopad 26th, 2008

Jestem w Varkali i już jest dobrze :) Dziś w menu fragment maila do Haneczki, mojej drogiej przyjaciółki. Za jej przyzwoleniem rzecz jasna.

From Round The World - India

Wlasnie przeprowadzilem się na plażę, a konkretnie to na klif przyplażowy, gdzie wynalazłem tanie mieszkanko na kilka dni. Co prawda pada deszcz (o dziwo!) i nie ma prądu (normalka), ale czuję się fajowo i w sumie troche jak w filmie.

Siedzę w italiańskiej knajpce, oglądam morze niknące w mroku, czekam na naleśnika z czekoladą plus cafe Au Lait i piszę sobie do Ciebie :)

Jestem tu dopiero chwilę, ale zdążyłem nabrać przekonania, że to jest własnie jedno z miejsc do których można by sie sprowadzać na 6 miesiecy w roku. Piekne widoki, troche turystów, infrastruktura sklepowo-usługowa, a wszystko skondensowane na niewielkim klifie długości może 800 metrów. Nie jest tak tanio jak pod Bangalore, ale znośnie. Za 10 USD dziennie spokojnie można wyżyć razem z mieszkaniem i internetem.

Idealne miejsce dla pisarzy i e-biznesmenów.. choć co do tego drugiego nie mam pewności, bo jakoś nie czuje specjalnego pociągu do pracy w tej turystyczno-wyluzowanej atmosferze. Na (nie)szczęście kawiarenki internetowe też mają widok na ocean…

Zanim jednak się tu sprowadzilem, to wcale nie bylo tak różowo. Najpierw trafilem do beznadziejnego Fort Kochin, ktorego opis znajdziesz na blogu. Potem się przeziębiłem spiąc przy wentylatorze i przeszedłem fazy od kataru, poprzez zapalenie krtani, utratę głosu, spazmatyczny kaszel przez 3 noce, aż po migrenę i jakieś dziwne zapalenie spojówki, która zaczęła produkować białe lepkie niewiadomoco.. Na szczęście dzis jestem już prawie zdrowy - dzięki ayurvedyjskim tabletkom, które mi sprzedali w przydrożnej aptece i na których jest napisane “to be used under medical’s supervision only”.

W miedzyczasie uciekłem z zatłoczonego Kochin i - za poleceniem Nirmala, słodkiego Yogina ktory medytuje codziennie w intencji światowego pokoju - trafiłem do niewielkiego Ashramu Narayana Gurukula, gdzie mieszka 4 mnichów sanyassinów odzianych w wyblakłe pomarańczowe prześcieradła. Ashram jest tak niszowy, że nie wszyscy lokalni rikszarze wiedzą o jego istnieniu.

Mnisi przyjęli mnie ciepło i dali mi do dyspozycji chatkę. Sanyassin zapytal, czy potrzebuję bed-sheet, czy też wystarczy mi ta słomkowa mata - co okazało się być pytaniem retorycznym. No bo jak poprosić o prześcieradło człowieka, który wyrzekł się wygód i atrakcji zewnętrznego świata i posiada na własność tylko jedno prześcieradło - to, które nosi na sobie?

W chatce było dużo różnego robactwa i innych bardziej zaawansowanych ewolucyjnie form życia, z którymi się zaprzyjaźniłem :) O internecie można było oczywiście tylko pomarzyć, a jedyną dostępną lekturą była Biblia - mogę się zatem pochwalić że przeczytałem całą ewangelię wg św. Mateusza po angielsku. Dużo łatwiej się czyta niż po polsku, bo to było jakieś w miarę nowoczesne wydanie z normalnym słownictwem.

W Ashramie był guru, który codziennie o 19 zarządzał zlot załogi. Najpierw 10 minut śpiewania mantr, potem godzinny wykład z Bhagawad Gity. Niesamowite, że na temat kilku wersów z Bhagawad Gity można elaborować przez godzinę. Guru nosił skarpetki, pił herbatę i spluwał do metalowej spluwaczki z przykrywką. Doszedłem do wniosku, że duchowość duchowością, ale takie klimaty w tym wcieleniu mnie nie pociągają. I przeprowadzilem się na plażę.

Z nowości: na pierwszego grudnia zakupiłem bilet do Singapuru. Znacie może kogoś w Singapurze? Bo musze gdzieś tanio przenocować przez tydzień.. :)  BTW - darmowe bilety istnieją. W Tiger Airways udało mi się kupić bilet w cenie podatków - czyli lecę z Bangalore do Singapuru za 115 USD. U konkurencji bilety są 2 razy droższe. Za tydzień będzie wiadomo, czy tygrysy dają radę :)

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Fort Kochin

Niedziela, listopad 23rd, 2008

17 listopada. Fort Kochin, południe Indii. Głośno, tłoczno, brzydko, drogo i śmierdzi rybami. Wytłuszczone pod nazwami ulic hasło “Kerala - Gods own country” wprawia mnie w nastrój przynajmniej sarkastyczny.

Wreszcie dowiedziałem się, co Hindusi robią z tymi wszystkimi odpadami wyrzucanymi na ulicę. Otóż - od czasu do czasu ktoś je zamiata w kupkę gdzieś obok drogi i podpala. Proste.

Fort Kochin to “klimatyczne stare miasto”. Można spróbować świeżego sea-foodu jeżeli kelner będzie łaskaw zapamiętać twoje zamówienie (dla mnie nie był taki miły więc pomyślałem, że może czas zostać prawdziwym VEGE i przestać jeść ryby). Jest również pod dostatkiem kawiarenek internetowych nastawionych głównie na amatorów pornografii, co wnoszę po tym, że WSZYSTKIE stanowiska komputerowe są w formie obskurnych kabin - niestety tak ciasnych, że ciężko by było zdjąć spodnie.

Dwadzieścia minut promem od Fort Kochin znajduje się właściwa część aglomeracji, czyli Ernakulam. Ernakulam wygląda mniej więcej tak, jakby alejkami Kupieckich Domów Towarowych puścić obwodnicę Warszawy.

Raczej nie ma chodników. Jeżeli już napotkamy takowy, to będzie miał szerokość 80 cm i co pięć metrów będzie na nim wyrastać ogromne drzewo, które trzeba zręcznie ominąć. Zazwyczaj jednak spaceruje się ulicą. Można liczyć na to, że riksza Cię wyminie, natomiast przed autobusami trzeba uskakiwać w bok.

Sprawne przechodzenie na drugą stronę ulicy wymaga lat praktyki. Przypomina mi to grę komputerową “Frogger”, gdzie manewrowało się żabą między pędzącymi samochodami. Różnica jest taka, że żaba miała trzy życia.

Jak wrócę kiedyś do Polski to zamieszkam na wsi.

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Sai Baba

Wtorek, listopad 11th, 2008

Pod koniec października poznałem przypadkiem bardzo przyjazną ekipę: Alę, Maję, Bogdana i Jacka, którzy zaproponowali mi wspólną kilkudniową wycieczkę do Ashramu Sai Baby w Puttapharti. Cztery godziny drogi od Bangalore, czyli jak na indyjskie warunki - rzut beretem.

From Round The World - India

Sai Baba to ponoć niezły koleś. Ludzie mówią, że zdarza mu się bywać w dwóch miejscach naraz, materializuje różne przedmioty oraz święty proszek “vibhuti”, który sprzedaje po 2 rupie (10 gr) za paczkę . Vibhuti jest lekiem na wszystko, można nosić zamiast podręcznej apteczki.

Sai Baba z Puttapharti uważa się za inkarnację Sai Baby z Shirdi, któremu zmarło się jakies 100lat temu. Co ciekawsze - obecny Sai Baba zaplanował już swoje odejście na rok 2024 i odrodzenie po 4 latach jako kolejny Sai Baba. Niestety nie zdradził w jakim mieście zamierza się odrodzić - zapewne dlatego, aby nie powodować spekulacyjnego wzrostu cen mieszkań :)

Cudów żadnych nie widziałem, ale mogę potwierdzić, że Sai Baba nosi na głowie zajebiste czarne afro i wygląda na nie więcej niż 60 lat (faktycznie 82). U Baby nie ma jogi, nie ma ćwiczeń oddechowych, nie ma kursów, nie ma pożywki dla intelektu w postaci wedyjskiej wiedzy - jest za to święty spokój, leniwie-powolna atmosfera, dużo niższe ceny i codzienne spotkania z Guru (tzw. darshan).

W ashramie występuje bardzo silna segregacja płciowa. Nawet do kiosku są dwie kolejki - jedna dla kobiet, druga dla mężczyzn. Jednak klimat jest całkiem integracyjny - jest wiele miejsc, gdzie mozna usiąść i pogadać z nieznajomymi. Można też zorganizować wieczorną imprezkę w pokoju, co uskutecznialiśmy każdego dnia - klimat prawie jak w akademiku :) Herbata, przesłodzone hinduskie smakołyki, kadzidełka i dyskusje do późnej nocy.

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Sumeru Software Solutions

Niedziela, listopad 9th, 2008

9 listopada. W Bangalore zima. Temperatura wieczorami spada do 17 stopni Celsjusza. Hindusi zakładają wełniane czapki, okrywają się ciepłymi szalami i patrzą ze zdumieniem na “międzynarodowców” paradujących w krótkim rękawku.

Mój sąsiad - pochodzący z południa Indii - zamiast czapki zakłada na głowę foliową torbę, bo ponoć na zewnątrz jest mgła. Dostrzegalna wyłącznie hinduskim okiem.

W ostatnich dniach siedzę w Ashramie lub w Sumeru Solutions, gdzie robię trochę sevy (czyli wolontariat). Sumeru to ashramowa firma programistyczna. Niby zwyczajny software-house, kilkadziesiąt osób, open space, 9:00 - 18:30 od poniedziałku do soboty. Ale biznes toczy się tutaj jakoś inaczej, bardziej na luzie.

Może to dlatego, że cały zysk idzie na cele charytatywne i ludzie pracują tutaj bardziej dla idei, niż dla kasy? A może to zasługa ogólnofirmowej medytacji, która ma miejsce codziennie od 12:30 do 13:00. Wszyscy wyłączają komputery, zamykają oczy i robią “ooommm”, po czym medytują przez pół godziny. Zdecydowanie zdrowsze i skuteczniejsze niż druga kawa :)

Moja praca polega odpowiadaniu na zapytania ofertowe od potencjalnych Klientów. Klienci miewają blade pojęcie na temat tego, co chcą zamówić, więc trzeba zadawać dodatkowe merytoryczne pytania, robiąc przy tym dobre wrażenie. Sporo zleceń pochodzi z Elance.com - polecam jeżeli chcecie zamówić jakiś soft. Ponoć na jedno zlecenie dostaje się kilkadziesiąt odpowiedzi od różnych firm; obstawiam że głównie z Indii.

Seva zajmuje mi jakąs godzinę dziennie. W pozostałym czasie prowadzę z nowymi znajomymi dyskusje o rozwoju duchowym, czytam książki o joginach z Himalajów, pracuję, medytuję, gram na gitarze, rozmyślam i… znów kąpię się w zimnej wodzie, bo hinduski bojler zepsuł się po trzech tygodniach użytkowania :)

Czuję, że trochę się tutaj zasiedziałem. Nawet psy na wiosce już na mnie nie szczekają. Czas już zmienić otoczenie. Kierunek: Kerala, czyli samo południe subkontynentu. A stamtąd jest już blisko do Indonezji.

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Riksza, Satsang i Mieszkanie

Niedziela, październik 19th, 2008

Howk :) dziś trochę bardziej multimedialnie i bez zbędnego rozpisywania się. Przepraszam z góry za kiepską reżyserię i zdjęcia, ale dopiero się uczę :)

RIKSZA
Pierwsza przejażdżka rikszą. Thrilling :)


SATSANG

:) Jak widać można się nieźle bawić bez alkoholu.



MOJE MIESZKANIE
Najciekawsza jest łazienka..

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Is it a Mac? Czyli recenzja MSI WIND U100

Czwartek, październik 16th, 2008

Czy to Apple?

Takie pytanie slysze przynajmniej dwa razy dziennie, siedząc na necie w różnych miejscach Ashramu. Mój 10-calowy laptopik MSI WIND faktycznie jest podobny do Maca. Ba, można nawet powiedzieć, że jest mini-podróbką białego Macbooka.

From Round The World - India

Ponieważ laptok wzbudza zainteresowanie i zdecydowanie jest warty tegoż zainteresowania, postanowiłem pokusić się o zrecenzowanie jak to maleństwo sprawdza się w rękach wymagającego właściciela przy niesprzyjających warunkach podróży.

ZALETY:

1. Rozmiar, rozmiar, rozmiar! 10 cali to jest idealne rozwiązanie. Netbook jest zdecydowanie mniejszy od kartki A4 (dokladnie rozmiar B5) i waży kilogram.

Rozdzielczość 1024 x 600 px na 10 calach ekranu wygląda zupelnie naturalnie i zdecydowanie DA SIĘ na takiej matrycy swobodnie pracować (w przeciwieństwie do dziewięciocalowej - jeden cal robi ogromną różnicę!). Ekran jest wykonany w technologii back-lit, czyli swieci dużo dużo jaśniej niż tradycyjne.

2. Klawiatura. Producent chwali się, że pełnowymiarowa. Może bez przesady, jest troszeczkę mniejsza niż w standardowych laptopach, ale wystarczyło pół godziny żebym się w pełni przyzwyczaił. Klawisz funkcyjny w tym samym miejscu co w IBMach. Touchpad nie ma bajeranckich gestów jak w EEE PC, ale podstawowe gesty są (przewijanie gora i bok, podwojne klikniecie).

3. Wygląd. Tutaj pochwały powinny raczej pójść do ekipy Steva Jobsa, a nie MSI :) Laptop jest ładny, zgrabny, przyciąga wzrok. Otwarta górna pokrywa zachodzi z tyłu za laptop - tak jak w macbookach.

4. Wyposażenie. Laptop ma 3 wejścia USB sensownie(!) rozmieszczone. Kamera z działającym dobrze mikrofonem, przyzwoite głośniki. WIFI, Bluetooth. Czytnik kart to błogosławienstwo jezeli przegrywasz dużo zdjęć z aparatu. Jest wyjście na monitor. Karta graficzna daje rade z 1600×1200.

5. Pokrowiec. Dość solidny (imitacja skóry) i funkcjonalny. Ma w środku dodatkową kieszonkę, w którą da się wrzucić jakieś kartki. Można podłożyć go pod laptopa gdy siedzimy po turecku, można podłożyć pod tył laptopa siedząc przy stole. Można podłożyć pod własny tyłek gdy siedzimy na betonie :)

6. Cena. 1250 PLN brutto za nowy pełnowartościowy mini-laptop uważam za okazję. A pewnie będą tanieć.

WADY:

1. Szybkość, a raczej jej kompletny brak :) Poprzednio pracowałem na 5-letnim Thinkpadzie z 512 mega ramu i prockiem Centrino 1,6. Nowej generacji Intel Atom działa mniej więcej tak samo, a może nawet troche wolniej, pomimo że ramu mam 1,5 GB.

Możecie zapomnieć o 2 oknach Gmaila otwartych jednocześnie. W Gmailu czasem zdarzają się nawet opoznienia w wyswietlaniu tego co wpisuje na klawiaturze. Przycinanie się menu z zakładkami w Firefoxie jest na porządku dziennym. Zmniejszanie zdjęcia trwa dobrych kilka sekund. Lepszej jakości filmy online (typu Youtube) potrafią się zacinać. Ale przy odrobinie cierpliwości da się żyć.

BTW - laptopa zakupilem z domyslnie zainstalowanym SUSE Linux. To jakaś kompletna pomyłka. Wybajerzony SUSE Linux kompletnie nie działał na tym sprzęcie, można się było załamać. Na szczęście Windows XP działa przyzwoicie (ustawienia maksymalnej wydajności, bez bajerów).

2. Bateria. Realnie max 2 godziny pracy. Bezstresowej pracy 1h:40m. Ponoć już się pojawiły wersje z wiekszą baterią. Bardziej pojemne baterie są cięższe i troche wystają, ale to powinno pomóc w innej kwestii…

3. Laptop jest źle wyważony. Zbyt ciężki ekran sprawia, że przy lekkim popchnięciu lub pochyleniu laptop częściowo traci kontakt z podłożem i przechyla się do tyłu :) Na szczęście nie przewraca się kompletnie, ale efekt jest śmieszny i nieco irytujący. Wystająca i cięższa bateria powinna chyba pomóc.

4. Zwyczajny dysk 2,5 cala. SSD działałby na pewno szybciej, nie grzał się i dane byłyby bezpieczniejsze. Rozmiar 80GB może być pociągający, ale wolałbym mieć mniejszy dysk SSD a nadmiarowe dane trzymać na kartach MMC.

5. Wykonanie. Laptok jest ładny, ale tak naprawdę to plastikowa zabawka. Górna obudowa momentalnie się rysuje. Po tygodniu użytkowania wytarły mi się oznaczenia kontrolek pod prawą ręką :) Literki na klawiszach póki co trzymają się mocno. Dolna obudowa wygląda bardzo delikatnie.  Laptop raczej nie nadaje się do noszenia bez pokrowca.

Ogólnie mam wrażenie, że żywotność tego sprzętu to jakieś 2 lata, może 3 lata jeżeli się go trzyma w domu. I potem trzeba będzie wyrzucić bo za 3 lata takie powolne laptopy nie będą mialy racji bytu.

6. Dość toporny kabel do zasilacza. O ile zasilacz jest mały i zgrabny, to kabel zasilający jest gruby, twardy i ciężko się zwija. Na szczęście wtyczka taka sama jak w IBMie, więc zrobiłem podmiankę :)

PODSUMOWUJĄC:

Polecam, ale na pewno nie jako główny komputer. MSI wind to gadżet-zabawka. Myślę, że można porównać go do samochodu marki Smart. Fajnie wygląda, wszędzie się zmieści, właściwie wszystko ma.. ale jechać takim na drugi koniec Polski, to już niekoniecznie. MSI Wind swietnie sprawdzi się w pociągu czy na konferencji, ale do normalnej, komfortowej pracy to niestety za mało.

Natomiast w realiach podróży dookoła świata taki komputerek sprawdza się idealnie. Oczywiście mógłby mieć lepsze parametry - np. Intel Core 2 Duo, 10 godzin na baterii i matrycę 11 cali. Tylko wtedy nazywałby się Sony Vaio i kosztował o jedno zero więcej :)

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Życie w Ashramie - cz.2

Środa, październik 15th, 2008

Jak być może pamiętamy z historii, socjalizm w swoich pierwotnych założeniach nie był wcale taki zły :) Wedle XIX-wiecznych teoretyków ludzie powinni być najszczęśliwsi żyjąc w zorganizowanych społecznościach (komunach), gdzie każdy pracuje na miarę własnych umiejętności. Wspólna praca daje radość, a wyprodukowane dobra dzielone są sprawiedliwie, czyli wedle potrzeb. Członkowie społeczności pracują dla kolektywnego dobra - bez egoizmu, przymusu i wyzysku.

Utopia?
Niemal dokładnie tak żyje się w Ashramie.

Ludzie pracują tutaj za dach nad głową i pożywienie. Każdy stara się być przydatny, a wyrugowanie egoizmu to podstawowy cel (medytacja ma prowadzić m.in do zaniku ego). Nikt nie skupia się na dobrach materialnych, bo wszyscy dążą do oświecenia - lub przynajmniej osiągnięcia wyższego stopnia rozwoju duchowego.

Otwarty i przyjazny klimat Ashramu tworzą ludzie, którzy są tutaj na stałe. A jedynym sposobem aby zostać w Ashramie na stałe i zintegrować się - jest SEVA, czyli darmowa praca na rzecz społeczności. Wolontariat daje radość i poczucie spełnienia - i w ten oto sposób nakręca się pozytywna spirala.

Ludzie naprawdę dają tutaj 100% i świetnie się przy tym bawią. Zdrowe jedzenie, przyjazne warunki życiowe, bezpieczeństwo, praca przynosząca satysfakcję, pozytywnie nakręcone towarzystwo i poczucie, że robi się coś dobrego dla świata. Czego więcej potrzeba do normalnego, szczęśliwego życia?

W Ashramie zanika potrzeba bycia odrębnym, lepszym niż inni. Po prostu “jest się”.

Jai Gurudev!

People doing SEVA - serving meals at the dining hall. From Round The World - India

P.S.: A wracając na ziemię.. Kolektywizm i altruizm OK, ale niech nam to nie przeszkadza w robieniu biznesu na turystach :) Ashram to świetnie prosperujące przedsiębiorstwo. Dobre zarządzanie, zmotywowana załoga, hinduskie koszty pracy i… europejskie ceny. Ale produkt jest tak dobry, że klienci walą drzwiami i oknami.

P.S.2: “Jai Gurudev” to powszechne powitanie/pożegnanie/pozdrowienie. Można je przetłumaczyć jako “szczęść Boże”.

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Życie w Ashramie - cz.1

Piątek, październik 10th, 2008

Ashram fundacji Art of Living to międzynarodowa enklawa. 20 kilometrów od miasta, zieleń po horyzont, dookoła rdzenni Hindusi wypasający kozy, a wewnątrz świetnie zorganizowane, kilkutysięczne miasteczko pełne turystów z całego świata. Obowiązującym powitaniem dla przyjezdnych jest hasło “Welcome Home”.

Ashram pełni inną rolę dla odwiedzających, którzy wakacjują tutaj przez 2-3 tygodnie, a inną dla ludzi którzy zdecydowali się zamieszkać i żyć w campusie.

Dla przyjezdnych ashram to nic innego jak duchowe sanatorium. Ludzie ściągają tutaj aby oderwać się od codziennego zgiełku, poprawić stan ducha i podreperować zdrowie fizyczne.

Kuracja jest wszechstronna. Do wyboru są:

- przeróżne kursy. Nie tylko medytacji, ale również tańca, śpiewania starożytnych mantr, udzielania błogosławieństw lub poprawiania komunikacji z własnymi dziećmi.

- joga i praktyki oddechowe na dobry początek dnia (prowadzone zajęcia codziennie o 6 rano).

- kilka kilometrów kwadratowych zieleni, wzruszającej pięknem natury i miejsc tak cichych, że można wreszcie usłyszeć własne myśli

- Zdrowe wegetariańskie jedzenie 3 razy dziennie, a między posiłkami świeżo wyciskane soki lub jogurty w cenie 50gr za szklankę :)

- holistyczna medycyna Ayurvedyjska, czyli kilkudniowa seria masaży z olejami, saunami parowymi, lewatywami i wszelakimi innymi bajerami + dwie tony ziołowych tabletek dla tych, którzy nie wierzą w koncerny farmaceutyczne.

- Vishalakshi Mantap czyli świątynia/sala medytacyjna na środku Ashramu. Otwarta przez większość doby, Można pomedytować, pomodlić się, albo poćwiczyć asany

- Guruji. Między podróżami po różnych krajach świata Brodaty Guru przebywa w Ashramie, co wprawia całe otoczenie w magiczny stan ekstazy duchowej. Ludzie mocno zaangażowani w Art of Living (a głównie tacy tu przebywają) reagują na swojego przewodnika mniej więcej tak, jak Polacy na Jana Pawła II. Przy czym Gurujiemu - jako osobie oświeconej - przypisuje się więcej możliwości niż papieżowi. Guru to papież, uzdrowiciel, szaman i matka w jednej osobie.

- Satsangi, czyli imprezka z muzyką na żywo, śpiewami, a czasem również potańcówka :) Na Satsangach śpiewa się Bajhany, czyli starożytne hinduskie pieśni typu Ganesha Sharanam. Niektóre są naprawdę bardzo ładne i melodyjne.

Podsumowując: Ashram to miejsce ładowania akumulatorów. Po dwóch tygodniach ludzie wyjeżdzają stąd pełni nowej energii, uśmiechnięci, ponownie wierzący w ideały i zaopatrzeni w zdrowy dystans do rzeczywistości.

Niektórzy jednak nie wyjeżdżają, lecz decydują się pozostać w tym miejscu na czas nieokreślony. I to oni sprawiają, że Ashram jest przykładem perfekcyjnego wdrożenia idei utopijnego socjalizmu. Ale o tym w następnym odcinku :)

From Round The World - India

P.S. Więcej fotek na http://picasaweb.google.pl/plowiec/

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Bangalore International Ashram

Piątek, październik 3rd, 2008

Na dobry początek zadokowałem się w Ashramie fundacji Art Of Living (na zdjeciu recepcja z portretem Brodatego Guru).  Jest fantastyczna pogoda, dają pyszne jedzenie, owoce są cudownie słodkie, prawie wszystko 5-10 razy tańsze niż w Europie. Ludzie są uśmiechnięci, nieznajomi wymieniają pozdrowienia a ładne dziewczyny bez przeszkód dają się przytulać. No i mam bezprzewodowy internet.

Pokoje pięcioosobowe. Dziewczynki i chłopcy osobno. My mieszkamy w 4 osoby, ponieważ Daniel - zaopatrzywszy sie w moskitierę - przeniosł się z łóżkiem na dach, uciekając tym samym od chrapiącego Afrykanina i Mongoła. Po łazienkach buszują małe jaszczurki, a na zewnątrz ważki wielkości helikoptera. Pobudka o 5:30. Ciepła woda od 4:30 do 6:00 AM. Od szóstej rano mamy półtorej godziny  jogi, praktyk oddechowych i medytacji.

Potem przez caly dzień kurs i medytacje przeplatane posiłkami. Internationals jedzą łyżkami przy stołach, lokalni na podłodze przy pomocy palców. Wieczorem Satsang, czyli imprezka przy hinduskich rytmach. Zakaz jedzenia mięsa, palenia tytoniu i spożywania alkoholu.

To be continued…

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop