Archive for the ‘Boliwia’ Category

Trzy kraje dalej.

Wtorek, marzec 12th, 2013

Na liczniku mam 7500 kilometrów i po 43 dniach jazdy dotarłem do wybrzeża Urugwaju, prawie pod brazylijską granicę.


Pinezki - miejsca noclegow. Na czerwono - trasa przebyta motocyklem. Zobacz większą mapę.

Ale cofnijmy się o kilka państw…

Przy wschodniej granicy Chile, w miejscowości San Pedro de Atacama ponownie spotkałem Davida. Tak przy okazji, David to bardzo ciekawy człowiek. Ma żonę Kolumbijkę (z którą mieszka w Budapeszcie) i wspólnie zarabiają na życie organizując wycieczki i transport z lotniska dla zagranicznych turystów. W Europie zimą nie ma sezonu, więc David podróżuje motocyklem po Ameryce Południowej.

Korzystając z tego, że byliśmy na środku pustyni Atacama, czyli kompletnym odludziu, postanowiliśmy pojechać nocą 15 kilometrów wgłąb ciemnego pustkowia, aby pogapić się na - doskonale w tych warunkach widoczne - gwiazdy. Oczywiście taki wypad byłby dużo bardziej romantyczny w towarzystwie płci pięknej, ale żadnych chętnych dziewcząt nie było, więc zabraliśmy ze sobą tylko piwo. Gwiazdy za to spisały się celująco, nawet ze dwie spadły :)

Boliwię postanowiłem zwiedzić w formie zorganizowanej wycieczki, odstawiłem zatem jednoślad i wsiadłem do Land Cruisera. W samochodzie znalazłem się razem z trójką bardzo sympatycznych Czechów oraz boliwijskim kierowcą, który już po 30 kilometrach poczęstował nas wszystkich liśćmi koki. Żucie suszonej koki ponoć pomaga na chorobę wysokościową - mnie tam nie pomogły jednak ani liście, ani herbatka z liści, ani dwa ibupromy. Pierwszego dnia łeb mi pękał i czułem się jak na potwornym kacu, a moi czescy towarzysze nie mieli się ani odrobinę lepiej. Na szczęście wpadliśmy na pomysł, by wysokościowego kaca pokonać klinem, co pozwoliło nam spokojnie zasnąć, a następnego dnia czuliśmy się już zupełnie zdrowi.

Land Cruiserów było kilka - w tym dwa zaludnione przez płeć piękną. Czasem zmęczeni i niewyspani, ale ogólnie w doskonałych nastrojach, przez cztery dni sunęliśmy gromadą poprzez bezdroża boliwijskiego Altiplano - mijając lamy, flamingi, wulkany, różnokolorowe jeziora, gejzery i inne bajery, z których oczywiście najbardziej wyczekiwanym była solna pustynia Uyuni.

From South America 2013
From South America 2013
From South America 2013
From South America 2013

Pustynia ta - jak zresztą powinienem był podejrzewać, tylko w podnieceniu zapomniałem - okazała się picem na wodę, fotomontażem i nadmuchanym banałem. Co z tego, że jest największa na świecie, jak i tak wzrokiem za horyzont nie sięgniesz? Pustynie solne, jak się przekonałem post factum, to w Ameryce Południowej nic nadzwyczajnego. Mniejsze i większe solanki są zarówno w Chile jak i w Argentynie, więc akurat dla samej Uyuni nie warto jechać trzy dni przez wertepy na wysokości czterech tysięcy metrów. Rano pustynia wyglądała jak przystanek na stoku narciarskim - zimno i biało. Po południu było lepiej, bo przynajmniej mogliśmy zamoczyć stopy w ciepłej już wodzie pokrywającej większość terenu. Wtedy z kolei pustynia wyglądała jak płytkie jezioro, po którym da się chodzić i jeździć samochodem.

From South America 2013
From South America 2013
From South America 2013
From South America 2013
From South America 2013

Ogólnie jednak na wycieczkę warto było się wybrać, choćby po to, by w oderwaniu od cywilizacji i zasięgu GSM pogapić się na naturę i po prostu odetchnąć. Boliwia to kraj biedny, ale ludzie wyglądają na zupełnie zadowolonych i bardzo pogodnych - w odróżnieniu od czilijczyków, którzy wydali mi się dosyć zestresowani.

Niebawem po powrocie z wycieczki wsiadłem z powrotem na motocykl i przeprawiłem się przez Andy - z Chile do Argentyny. Silnik krztusił się i słabł, ale nie z powodu swego chińskiego pochodzenia, lecz z racji bycia zmuszanym do pracy 4 kilometry nad poziomem morza. Ponoć wszystkie pojazdy spalinowe dostają czkawki w tak wysokich górach; dla w miarę normalnej jazdy trzeba odpowiednio przesterować gaźnik, o czym rzecz jasna nie miałem bladego pojęcia.

Argentyna przywitała mnie paletą kolorów i zbiorem pięknych pejzaży. Po miesiącu jazdy przez żółtoszare pustkowia zdążyłem zapomnieć, że istnieją łąki, lasy i różne zapachy zieleni. Jednocześnie wszystko zaczęło wyglądać zwyczajniej, mniej abstrakcyjnie - i w wielu miejscach miałem poczucie, jakbym jechał przez Polskę. Lamy i osiołki szybko zanikły na rzecz krów i koni. Miasta i samochody zrobiły się zupełnie europejskie, ludzie w większości biali, a na stacjach benzynowych pojawiło się nawet espresso i darmowy internet. Jedynie egzotyczne ptactwo i rosnące gdzieniegdzie palmy przypominały mi, że jestem daleko od domu.

Problemem okazały się pieniądze. Z dziesiątek banków tylko jeden - Banco de Patagonia - chciał współpracować z moją kartą debetową Mastercard. To tylko połowa problemu. Druga połowa jest taka, że rząd argentyński mocno kombinuje z kursem swej waluty - i wypłacane z bankomatu pieniądze były dwa razy droższe, niż są faktycznie warte. Władze Argentyny chętnie kupują od wszystkich dolary po fałszywym kursie, a jednocześnie robią ogromne problemy jeżeli by się chciało te dolary odzyskać po wymyślonych przez nich stawkach. Jeżeli zatem ktoś z Was zamierza odwiedzać Argentynę, to polecam zabrać ze sobą dużo gotówki w twardej walucie i wymienić ją na czarnym rynku.

Na Argentynę poświęciłem tylko kilka dni. Postanowiłem ominąć Buenos Aires i skierowałem się prosto do Urugwaju. Tutaj nie działały już żadne bankomaty i Piotrek dwukrotnie musiał mnie ratować wysyłając pieniądze przez Western Union, ale to już inna historia..

Poza tą niedogodnością Urugwaj jest krajem bardzo ładnym, o przyjaznym klimacie, a jego atlantyckie wybrzeże okazało się wyjątkowo urokliwe. Panującą tu atmosferę można określić tylko jednym słowem: tranquilo. Niestety “tranquilo” nie ma trafnego tłumaczenia na żaden znany mi język. Oznacza jednocześnie: “niezmącony, beztroski, pokojowy i prosty”. Coś jak “spoookooojniee”, tylko zawierające więcej pozytywnej wibracji.

From South America 2013
From South America 2013
From South America 2013

W Urugwaju można poczuć się dosyć swojsko i komfortowo, wypocząć oraz podjeść świeżych ryb i owoców. Rzecz jasna, za ten niezmącony relaksik lokalny lud każe sobie odpowiednio dużo płacić. Uwzględniając prowizje Western Union, wychodzą mi stawki przynajmniej nadbałtyckie, a może nawet śródziemnomorskie. Mimo tego uważam, że warto - szczególnie jeżeli komuś chwilowo znudziła się południowo-wschodnia Azja.

Od kilku dni stacjonuję w miejscowości Punta del Diablo, 40 kilometrów od brazylijskiej granicy, na “północy południa” - jak stanowią napisy na sprzedawanych t-shirtach. Punta del Diablo to niewielka, nadmorska wioska, z umiarkowaną ilością turystów, ładną plażą i ogromnym wyborem domków na wynajem (tzw. cabanas). Osiedliłem się w jednym z nich i postanowiłem spokojnie doczekać do końca wyprawy.

A tak właściwie, to nie do końca…

From South America 2013

Zadecydowałem bowiem, że nie sprzedaję mojej chińskiej maszyny, która choć nie jest idealna, to sprawnie i bez większych buntów przewiozła mnie przez 7500 kilometrów. Zamierzam zaparkować motocykl w Urugwaju, a za jakiś czas wrócić do Ameryki Południowej i przejechać pozostałe kraje: Paragwaj, Brazylię, Suriname, dwie Gujany, Wenezuelę oraz Kolumbię. Bardzo mi się ta przygoda spodobała i mam ochotę na więcej. Muszę tylko podrasować mój hiszpański i nauczyć się choć trochę portugalskiego :)

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop