Archive for the ‘Bali’ Category

Recepta na kryzys i czarne myśli

Niedziela, marzec 15th, 2009

Fajnie, fajnie, wszyscy zazdroszczą, słońce, ptaszki, palmy, Bali, Gili, Fiji, blue lagoon beach i kokosy.

Jeżeli siedzisz w zziębniętej, objętej kryzysem Europie, wypełniasz PITa, zastanawiasz się kiedy Cię zwolnią i dla poprawy nastroju popijasz Cafe Latte za 11 PLN (cena 2 obiadów z deserem na Bali), to faktycznie może Ci się wydawać, że plaża nad Oceanem Spokojnym jest nieco ciekawszym miejscem do życia.

Ale tutaj doskonale sprawdza się powiedzenie “wszędzie dobrze gdzie nas nie ma”. Mnie tęskni się właśnie za widokiem śniegu, gorącą herbatą w zimowy wieczór i szusowaniem po stokach, choćby nawet w Szczyrku :) Ach, z jaką przyjemnością wsiadłbym na niewygodny orczyk!

Jednak wyrwanie się z Polski miało swoje niepodważalne zalety - i o nich mam zamiar dziś napisać. Myślę, że dojrzałem wreszcie do tego, by pozbyć się całej tej “trendy” otoczki i opowiedzieć Wam jak cała historia mojego wyjazdu wygląda od kuchni.

Mianowicie: podróż dookoła świata była od dawna w moich planach i marzeniach - ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że zostanę do niej przymuszony brakiem pieniędzy (sic!). A taki właśnie przewrotny scenariusz doszedł do skutku. W zeszłym roku z moim portfelem było już tak źle, że - w przebłysku klarownego myślenia - za ostatnie pieniądze kupiłem bilet do Indii i skierowałem się w rejony, gdzie można przeżyć za 1000 PLN miesięcznie (zamiast czterech tysięcy, które wydawałem co miesiąc w Warszawie).

Od 2003 roku prowadzę nieustannie różne biznesy internetowe. Od 2004 samodzielnie się z nich utrzymywałem i byłem święcie przekonany, że taka sytuacja będzie trwać na zawsze. Inwestorzy, spółki zoo, 300 tysięcy użytkowników, press coverage - nietrudno uwierzyć, że jest się zajebistym. W 2007 odrzuciłem nawet propozycję kupna mojej spółki za kilkaset tysięcy PLN, będąc święcie przekonanym że to za mało $$ jak za 3 lata wytężonej pracy. I jeszcze miałbym pójść na etat do korporacji? O niee, nie dam się zakuć w kajdanki :)

Życie pokazało, że rok później samodzielnie poddałem się i zrezygnowałem z prowadzenia firmy, której problemy mnie przerosły i przygniotły do podłogi. Odsprzedałem Inwestorowi moje udziały za symboliczną sumę. Kwota miała starczyć na spłatę karty kredytowej i przynajmniej kilka miesięcy podróżowania. Pieniędzy tych jednak nigdy nie ujrzałem - lecz to już temat na inną historię.

Ostatecznie znalazłem się w hinduskim ashramie, totalnie wyjałowiony kilkuletnią intensywną pracą (która nie przyniosła spodziewanych efektów), bez żadnych oszczędności i bez pomysłu co ja chcę dalej robić. Za to z darmowym jedzeniem i mnóstwem czasu na zastanawianie się nad sensem istnienia :)

Uznałem zatem, że skoro chwilowo stać mnie na wynajęcie mieszkania za 220 PLN (mój pasywny dochód w tamtym czasie wynosił niewiele więcej), to ja sobie trochę posiedzę, poćwiczę jogę, pomedytuję i zastanowię się, co ja w ogóle zamierzam zrobić ze swoim życiem.

I to była bardzo dobra decyzja.

Przede wszystkim pozytywnie podziałała na mnie zmiana kontekstu. Z centrum Warszawy, w której spędziłem 9 lat, w której wszyscy moi znajomi gdzieś pędzą, robiąc profesjonalne kariery lub budując poważne biznesy; z Warszawy, którą uważałem za nieodłączną część mojej tożsamości, ze Stolicy która była wyznacznikiem mojego sukcesu, a okazała się porażką - nagle znalazłem się w zupełnie nowym, nieznanym ale bardzo przyjaznym otoczeniu. W Ashramie ludzie nie pytają czym się zajmujesz i jaki masz samochód - panuje tutaj zupełnie inny system wartośći. Jak się potem okazało ten “inny” system wartości nie jest specyficzny wyłącznie dla Ashramu, ale dla całych Indii, a może nawet dla wszystkich rozwijających się krajów, które nie zostały dotknięte mentalnością kapitalistyczną. Kontakt z innymi wartościami dał mi sporo do myślenia (doszedłem na przykład do wniosku, że nie chcę już mieszkać w dużym mieście).

Po drugie - nieocenione okazało się to, że zostałem zupełnie sam. Odległość i ograniczony kontakt ze znajomymi sprawiły, że nagle mogłem zacząć naprawdę samodzielnie myśleć. Kto z kim przestaje takim się staje. Ponoć na bieg twojego życia największy wpływ ma kilka najbliższych ci osób. To one mówią ci, co jest możliwe, to do nich się porównujesz, to z nimi tworzysz kolektywną strefę komfortu. Ale co jeżeli dojdziesz do wniosku, że chcesz coś istotnie zmienić w swoim życiu? O wiele trudniej zrobić to wśród starych znajomych, jakkolwiek dobrzy by to byli przyjaciele - ponieważ oni oczekują, że będziesz taki jak dotychczas.

Akurat moi znajomi na pewno nie wyprowadziliby mnie na manowce, ale też bez porządnego przerywnika w postaci długiej podróży - ciężko by mi było w ich obecności odkryć, że tak naprawdę nie chcę mieszkać razem z nimi w Warszawie. Mam nadzieję, że się nie obrażą za tę dywersję :)

Po trzecie - odległość jest dobra na problemy. W Polsce pozostawiłem po sobie niezły bałagan, który wciąż nie jest posprzątany. Ale będąc z dala od tego wszystkiego - “złe duchy” nie mają na mnie takiego wpływu. Mogę pomedytować i skupić się na odbudowywaniu mojego dochodu - zamiast zamartwiać się i miotać. Najpierw muszę stanąć na nogi, a potem regulować to co jest do uregulowania - nie ma innego wyjścia. Póki co takie podejście się sprawdza i idzie coraz lepiej.

A zatem cała moja podróż to nie jest tak naprawdę relaksik na plaży, choć oczywiście zdjęcia selekcjonuję tak, aby robić jak największy show-off :) Głównym celem tej podróży jest postawienie się przed koniecznością zwiększenia mojego pasywnego dochodu. Bo podróż się w pewnym momencie skonczy - a pasywny dochód zostanie, right? Drugi cel to auto-terapia. Mam potrzebę “dokonania czegoś”. Przetrwanie kilkunastu miesięcy w obcych krajach bez żadnych oszczędności da mi dobry punkt zaczepienia w odbudowywaniu poczucia własnej wartości.

Jeżeli i Was dopadnie kryzys, utrata pracy i pakiet czarnych myśli - nie dawajcie się. Wyskoczcie z pudełka i ponownie zastanówcie się nad życiem. Bilety są teraz tanie, a w Indiach, Tajlandii lub Indonezji można żyć za grosze. Dostatek słońca i ciepłota poprawiają nastrój, a palmy nie znudzą się Wam przynajmniej przez kilka miesięcy, obiecuję! :)

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

3 miesiące na Bali

Piątek, luty 27th, 2009

Siedzę na Bali od 7 grudnia i chyba powoli zaczyna mi się to przejadać. Dosłownie i w przenośni. Czas ruszać w poszukiwania nowej przygody - kierunek Australia! Zakupiłem bilet do Darwin na 18 marca. A zatem jeszcze tylko przez kilkanaście dni będę mógł cieszyć się azjatyckimi cenami.

Jednak news miesiąca jest inny. Nareszcie zjawiła się u mnie na Bali moja przyjaciółka Hanka i nagle życie nabrało zawrotnego tempa. Hanka chce bowiem zwiedzić więcej w 2 tygodnie niż ja w 3 miesiące: Ubud, Lovina, Candi Dasa, Lombok, Gili Islands, wulkany, czarne plaże, wodospady, gigantyczne żółwie, delfiny i rafy koralowe. A wszystko przed 10 marca. No i do tego oczywiście zakupy, odchudzanie, drinki z palemką, masaże i OPALANIE.

Opalanie jest najważniesze, ponieważ jak się wyjeżdża do ciepłych krajów to trzeba wrócić pięknie opalonym i w pierwszy dzień po urlopie ubrać się do pracy w białą bluzkę, bo to podkreśla opaleniznę - i wszyscy zawsze tak robią - i wtedy wszyscy inni zazdroszczą i to jest wyznacznik udanych wakacji. Czy jakoś tak, nie wiem czy w dobrej kolejności zapamiętałem :)

Tymczasem jak widać na załączonym obrazku, Hanka jest bledsza ode mnie, co obala odwieczny porządek rzeczy i dogłębnie porusza Hankową ambicję.

Bali Bird Park                                                                  From Round the World - Bali

P.S. Do Australii lecę Jetstar Airways, koszt 55 USD. Znowu miałem szczęście bowiem na chwilę przed zakupem bilety potaniały o sto dolarów. Teraz trzymam kciuki, żeby potaniał sam dolar - w Australii będzie mi potrzebne minimum 1000$ miesięcznie na przeżycie, zakładając że podróżował będę autostopem, a mieszkał gdzieś na poddaszach u ludzi :)

Ubud Bali travel guide

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Coś być musi, do cholery, za zakrętem!

Czwartek, luty 5th, 2009

Dziś już chyba po raz piąty wybrałem się na Samotną Przejażdżkę pomiędzy Polami Ryżowymi. Coś mnie tam nieodparcie ciągnie, nęci i wabi. Za każdym razem mam jakieś przebłyski. Ale wciąż nie mogę odkryć o co chodzi.

Przeważnie ruszam zaraz po obiedzie, koło 15:00. Dopijam imitację herbaty w Dewa Warung i odpalam skuter. W trzydzieści sekund przebijam się przez ruchliwy kawałek ulicy i obok Ubud Palace skręcam w prawo. Jeszcze moment kostki brukowej, po której motor niebezpiecznie pływa - i wyjeżdzam na dobrej jakości asfaltową drogę wiodącą do przeszłości. Balijskiej i mojej.

Turystyczna część Ubud kończy się prawie natychmiast - i zaczyna się Zieleń. Gosia mówiła, że na Bali zieleń jest najbardziej zielona na świecie - i miała rację. Po prawej wielopoziomowe ryżowe poletka pocięte w prostokąty i nawodnione tak mocno, że spomiędzy łodyżek odbijają się promienie światła. Po lewej niezbyt wysokie, ale bujne palmy z liśćmi tak ogromnymi, że mogłyby służyć za dwuosobowy parasol. Niebo - Słońce - Zieleń. I pusta droga. Brązowe okulary przeciwsłoneczne sprawiają, że to wszystko wydaje się jeszcze bardziej soczyste i prawie nierealne.

Tak jak podczas żeglowania można paść oczy błękitem ciągnącym się po horyzont - tak podczas mojej przejażdżki można napawać się Zielenią. Zieleń otacza, uderza i przenika przez twarz do pozostałych komórek ciała. I nie można zamknąć oczu! Już na drugim kilometrze zauważam, że jestem na haju i zupełnie bezwiednie się uśmiecham.

Pierwsze przebłyski jakie się pojawiają, to poczucie bycia chłopcem. Takim około 12-letnim. Już nie dzieckiem, nieświadomym siebie i bezrefleksyjnym - ale jeszcze nie 13-latkiem, którego zaczynają interesować dziewczyny, papierosy i uciekanie z lekcji.

Dwunastoletni chłopiec żyje w świecie, który się o niego troszczy - i wie, że na ten świat można liczyć. Świat jest zdefiniowany i przewidywalny. Dwunastoletni chłopiec nie ponosi odpowiedzialności i nie martwi się. Dwunastoletni chłopiec nie rozpamiętuje i nie ocenia. Nie rozgrywa, nie planuje, nie organizuje, nie dąży. Dwunastoletni chłopiec JEST. I żyje zgodnie z tym, co w danym dniu jest do przeżycia.

Uczucie bycia chłopcem ma swoje miejsce gdzieś w klatce piersiowej, poziomo, w dolnej części mostka. Dokładnie tam, gdzie odczuwa się nadchodzącą przygodę. Tam gdzie kumuluje się podniecenie związane z wyjazdem na kolonie. Tam gdzie ulokowana jest fascynacja z przejażdżki go-kartem.

Przystaję na moment aby obejrzeć dolinę z tarasami ryżowymi i niewielki wodospad. Nie na długo, bo to na zakręcie i niezbyt bezpiecznie.

Ludzie, których mijam na trasie uśmiechają się. Nie wiem czy do mnie, czy też może cały czas są uśmiechnięci. Pojawiają się rzadkie wiejskie zabudowania i nastrój powoli się zmienia. Widzę kobiety niosące jakiś bagaż na głowie, mijam psy niechętnie schodzące z wygrzanego asfaltu i dostrzegam dwóch mężczyzn siedzących w kucki. Prowadzą rozmowę obok starego motoru, który najwidoczniej wspólnie naprawiają. I w ich pozach jest coś doskonale znajomego; w ich ruchach jest coś o czym wszyscy dawno zapomnieli, coś co kiedyś było naturalne, a potem nagle znikło.

To czas. Nieograniczony, dostępny w nadmiarze czas. Czas niezarzucony listą obowiązków, czas nieobciążony zbliżającym się terminem. Czas dokładnie taki, jak na ławce przed liceum gdy było okienko. Czas wypełniony byciem z przyjaciółmi i gadaniem o niebieskich migdałach. Czas na testowanie głupich i mądrych pomysłów oraz myślenie o przyszłości i upragnionej wolności. Czas, w którym dwa tygodnie to rozlewająca się wieczność, a wieczorny film jest wyczekiwaną atrakcją. Czas w którym istniało coś takiego jak NUDA przejawiająca się ciężkimi ramionami i wilczym głodem. Czas, o którym starsi mówili, że nie wraca - ale wtedy nie rozumiało się, o co im chodzi.

Dojeżdżam do dużej świątyni, przy której droga zakręca i zawraca. Ta dziwna trasa to takie długie, ośmiokilometrowe “U” - które nie łączy się z niczym innym prócz głównej szosy. Droga powrotna jest z górki, więc częściej mogę jechać na luzie i nie słyszeć silnika. Jest duszno i cicho, a wiatr podwiewa kurz z ulicy. Jak w późnosierpniowy dzień, gdy pomimo słońca i jasnego nieba da się przeczuć nadchodzący wieczorny deszcz.

W tej części trasy jestem już studentem. Cieszę się tym, że mam motocykl i dumnie sunę przez piękne widoki. Pełny bak starczy na tydzień i nawet mam kasę na dobrą kolację. Czuję się pewny siebie i wyjątkowy. Prawdziwy świat już niedaleko, ale jestem więcej niż pewien, iż doskonale sobie w nim poradzę i wszystko się pięknie ułoży - tak jak układało się dotychczas. Wyobrażam sobie, że “Świetlana Przyszłość” oraz “Moje Przeznaczenie” to zbiory pokrywające się. Włącza mi się bardziej abstrakcyjne i logiczne myślenie. I tutaj właśnie pojawia się zgrzyt.

Co jest PRAWDZIWYM światem?

Ruchliwa szosa, z której wyruszyłem i do której zaraz dojadę, czy może jednak te Zielone Wzgórza wśród których jestem teraz, jeszcze przez chwilę, jeszcze przez 3 kilometry? Dlaczego Dobry Zielony Świat w pewnym momencie się anulował? Dlaczego wydaje mi się nierealny? Dlaczego w ogóle uważam, że muszę wrócić do tej hektycznej, spalinowo-internetowej rzeczywistości i brać w niej udział? Przecież to jakiś cyfrowy absurd, plastikowa próżnia. Skąd w ogóle wziął się pomysł żeby w tym uczestniczyć? Przecież  tutaj nie ma ani grama boskości. Plastik nie nasiąka boskością.

-

P.S.  Szukasz piosenki? W statystykach zauważyłem, ze wiele osób trafia z Google na ten post wpisując znaną frazę z piosenki do filmu “Zmiennicy”.  Oto link do utworu:
Przemyslaw Gintrowski - Zmiennicy [1986]

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Dietetycznie

Sobota, styczeń 24th, 2009

Ostatnio postanowiłem spróbować diety wegańskiej - tj. wegetarianizm bez jajek i bez mleka - same warzywa i owoce.

Pożeracze kotletów pomyślą, że to jakaś kompletna fanaberia, ale dla wegetarianina - to po prostu kolejny etap rozwoju. Mleko jest przecież pełne niewiadomojakich hormonów, pij mleko - będziesz kaleką i tak dalej. A jajka to nic innego jak kurzy okres. No chyba że zapłodnione, to wtedy mamy do czynienia z najzwyklejszym morderstwem.

Po weganiźmie przechodzi się na tzw. “raw diet”, czyli warzywa i owoce nieprzetworzone termicznie. Plus orzeszki i oliwa z oliwek. Czyste, żywe witaminki. To dopiero jest power, ponoć na takiej diecie wystarczają 4 godziny snu na dobę, a manifestacja intencji w paradygmacie “Law of Attraction” staje się prostsza niż audiotele. Przy okazji oszczędzamy bardzo dużo prądu lub gazu, jako że odpada gotowanie - a zaoszczędzone pieniądze możemy przeznaczyć na odpowiednio droższe organiczne rośliny.

Następny w kolejce jest juice feasting - czyli same soki. Oczywiście nie żadne kubusie czy bobofruty, tylko własnoręcznie przyrządzone świeże soki, doprawione macą i spiruliną - najnowszymi zdobyczami wegańskiej techniki. Pijąc soki nie traci się już energii na żucie i nadmierne trawienie, można się skupić na tworzeniu lepszego świata. Na tym etapie przestajemy zabijać owady, nawiązując z nimi intuicyjną bliskość. Można np. dogadać się z komarami, żeby gryzły twojego partnera, a nie ciebie.

Po odpowiednio długim okresie diety opartej na sokach, możemy się spodziewać wytworzenia mechanizmów fotosyntezy i wtedy wchodzimy w fazę odżywiania się światłem i wodą. To jest dopiero prawdziwa wolność! Nie trzeba już martwić się swoimi finansami, ponieważ woda jest ogólnodostępna i przeważnie darmowa. (uwaga: osoby żyjące za kołem podbiegunowym pragnące przejść na fotosyntezę muszą dodatkowo wytworzyć u siebie mechanizm zapadania w sen zimowy, który pozwoli przeżyć miesiące z niedoborem światła).

Ostatnim etapem rozwoju jest energia kosmiczna i jeżeli tylko nauczymy się korzystać z tej wszechprzenikającej siły, to nie potrzebujemy już żadnych płynów ani nawet promieni słonecznych. Stajemy się święci i przezroczyści. Jednoczymy się z całym Wszechświatem i raz na zawsze pozbywamy się grzechu pierworodnego (zjedzenie jabłka - co za okrucieństwo! Przecież to jabłko na pewno cierpiało na subatomowym poziomie).

No ale zejdźmy na ziemię.

Póki co jestem tylko bezdusznym potworem, który jeszcze na początku grudnia jadł w Singapurze sushi, a teraz zajada się penne z parmezanem (penne - jajka, parmezan - mleko). A na deser chocolate mud cake lub tiramisu (jajka, mleko i na pewno inne szatańskie dodatki, bo inaczej nie smakowałyby tak dobrze). Takie wybryki to oczywiście tylko od święta, bowiem w dni powszednie jadam ryż smażony z jajkiem + avocado juice z czekoladą w Tutu Dedek.

Ale jako że naturalnym pragnieniem człowieka jest rozwój, postanowiłem przez 30 dni sprawdzić, jak bardzo wzrośnie jakość mojego życia i światłość mojego umysłu, gdy pozbędę się z jadłospisu mleka i jajek.

Okazuje się, że weganizm wymaga wnikliwości (czy ciasto którym otoczony jest smażony banan zawiera jajka?) i nie lada refleksu (nie! prosze nie dolewać słodzonego mleka do soku z melona!). Świetny trening z asertywności i odporności na dziwne spojrzenia. Dieta jest też bardzo ekonomiczna, ponieważ nie wydajemy pieniędzy na słodycze - które prawie zawsze zawierają niedozwolone składniki.

Jako weganin przez pierwsze 2 dni czułem się bardzo dobrze, ale dziwnym trafem byłem tak rozleniwiony, że spalem po 14 godzin na dobę. Wstawałem rano, jadłem śniadanie i kładłem się z powrotem spać. Zauważyłem prędko, że w takim trybie wystarczają mi dwa posiłki dziennie. Wpływa to dodatnio na sytuację finansową, ale jest niekorzystne z punktu widzenia czasu, który można przeznaczyć na pracowanie. Trzeciego dnia zacząłem u siebie podejrzewać anemię, a nawet malarię, której anemia może być objawem.

Czwartego dnia uznałem, że mam w nosie taki interes i wybrałem się do Bali Buddha na jajka po benedyktyńsku. I chocolate mud cake, a co! Zapiłem indyjskim czajem na mleku. I czułem się z tym perfectly OK.

W rezultacie tego nagłego zwrotu akcji w dniu piątym zacząłem się nadmiernie pocić, a szóstego dnia nie spałem wcale, ponieważ bardzo ciężko jest usnąć w pozycji siedzącej, szczególnie jeżeli siedzi się w toalecie. Przywieziony z Polski węgiel nie pomagał.

Dziś drżącymi rękami zjadłem mango, dwa jabłka i porcję białego ryżu. I pół tabliczki czekolady mlecznej dla poprawy sprawy.

Najwidoczniej kwestie dietetycznych usprawnień muszę ugryźć z innej strony.

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Nowi znajomi

Niedziela, styczeń 11th, 2009

Ostatnio się dość intensywnie uspołeczniam i poznaję ciekawych ludzi.

Na przykład Diego i Linda. Porzucili słoneczną Italię dla jeszcze bardziej słonecznego Bali. Na pytanie, czy zamierzają kiedykolwiek wrócić do Europy odpowiadają z uśmiechem, że raczej nie i wymieniają porozumiewawcze spojrzenia. Diego jest 40 letnim artystą, który pomimo sporej ilości wypalanych papierosów wygląda max na 35 lat. Zapewne dzieki bujnej, ponoć tylko czasami farbowanej czuprynie. Linda jest 25 letnią… dziewczyną artysty. A raczej Muzą - jeżeli oceniać po wyglądzie :)

Diego i Linda zapoznali mnie z parą Szwedów. Artur i Mina są równie uroczym małżeństwem w zbliżonych proporcjach wiekowych. W Sztokholmie prowadzą własną firmę budowlaną, no a że w zimie nie ma sezonu - to przyjeżdzają co roku na pięć miesięcy na Bali. Wynajmują tutaj wypasioną chatę z ogrodem i organizują wieczorki filmowe dla lokalnej społeczności. Oglądaliśmy film Koyaanisqatsi. Czapki z głów - polecam.

Wspolny wieczór pozostawił mnie w rozterce, bo teraz nie wiem które muzy są piękniejsze - włoskie, czy skandynawskie. Ach! Co za gafa! Polskie, no oczywiście że polskie!! Tylko muszą tutaj przyjechać ZANIM będę miał 35 lat.

A tak BTW - Szwed Artur okazał się Polakiem, więc było sporo śmiechu :) To już drugi ex-Polak, którego spotykam na Bali. Poprzedni był Niemcem (Martin, geb. in Breslau), podróżującym na rowerze po bezdrożach Indonezji. Poznaliśmy się w Dewa Warung, kultowej lokalnej knajpie, gdzie za obiad z deserem i pysznym avocado juice płaci się 2 dolary.

W Dewa Warung poznałem również Amerykankę Erin. Erin kiedyś mieszkała w San Diego (California), ale po odwiedzeniu Ubud postanowiła zostać tu na resztę życia. Z wykształcenia jest architektem, a Ubud się rozrasta, więc to się chyba trzyma kupy.

Dziś natomiast byłem na tradycyjnym balijskim weselu - m.in w charakterze atrakcji, z którą się robi zdjęcia :) Na wesele zaprosił mnie sąsiad mieszkający pode mną. Isaak jest z Sumatry a jego żona z Javy, lecz postanowili wziąć ślub na Bali, bo tutaj jest najbardziej artystycznie. Przyjęcie odbyło się w w lokalnej galerii sztuki - swoją drogą niezły patent!

Jutro wybieram się do specjalnego biura w sprawie przedłużenia wizy.

Mloda Para                                                                        From Round the World - Bali
Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Mount Batur

Sobota, styczeń 10th, 2009

W zeszły weekend, razem z 6 osobową ekipą Couch Surferów - postanowiliśmy wdrapać się na Mount Batur. Mount Batur to półtorakilometrowy, aktywny wulkan w okolicy Ubud.

Zaczęliśmy wspinaczkę o drugiej w nocy, aby o 4 zasiąść na szczycie i poczekać na wschód słońca. A potem wycieczka brzegiem krateru, pełne jęków schodzenie w dół i popołudniowa sjesta. Fantastyczna przygoda i świetni ludzie; Couch Surfing rulezz! :) Poznałem trzy lokalne dziewczyny, jedną Japonkę oraz Malezyjkę.

Szczyt wulkanu wyglądał zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałem. Wewnątrz krateru spodziewałem się ujrzeć okrągłą, ciemną, głęboką, dymiącą otchłań - do której lepiej nie podchodzić, bo można przypadkiem wpaść. Nic z tego :)

Po pierwsze - wulkan co prawda troche dymił, ale nie ze środka, tylko spomiędzy skał na zboczach - zarowno wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Po drugie - krater w srodku był całkowicie porośnięty zielenią i wcale nie tak przeraźliwie stromy, ani bardzo głeboki. Dałoby się zejść do środka :)

Po trzecie - krater wcale nie wyglądał jak krater!  Jego obwód był tak ogromny, a teren tak zróżnicowany, że trzeba było sporej dozy wyobraźni przestrzennej, żeby “złożyć” swoje otoczenie w obraz wierzchołka wulkanu. Tym bardziej, że wulkan był w jednym miejscu “dziurawy” - czego z oddali nie da się dostrzec.

Widok na okolicę ze szczytu Mount Batur to prawdziwa uczta dla oczu. Z naszego wierzchołka zobaczyć można było drugi balijski wulkan, a u jego podnóża zupełnie nieoczekiwane jezioro, które przed świtem wydawało się być zwyczajną mgłą. Zbocza wulkanu i okoliczny ląd były pofałdowane niczym wnętrzne ogromnego włoskiego orzecha. Dalej znajdowała się górzysta, porośnięta palmami granica lądu i matowy ocean wymieszany z niebem w trudnych do odgadnienia proporcjach. Na horyzoncie między chmurami prześwitywał Lombok - sąsiadująca wyspa z jeszcze większym, bo prawie 4-kilometrowym wulkanem.

Na niego też wejdę! :)

From Round the World - Bali
Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Święta na Bali + nowe filmy

Sobota, grudzień 27th, 2008

Wigilie spędziłem z dwoma przyjaznymi Australijkami zapoznanymi poprzez stronę internetową Couchsurfing. Couchsurfing to świetna idea i z pewnością skorzystam z niej na dalszych etapach podróży.

Polega na tym, że ludzie z całego świata oferują darmowe miejsce do spania - zupełnie bezinteresownie. Można być hostem - czyli oferować nocleg, lub podróżującym - i korzystać z noclegu. W obu przypadkach chodzi o zawieranie międzynarodowych znajomości i wymianę kulturową. Spotkałem się już z czterema osobami z CS i mam bardzo pozytywne odczucia.

Okazuje się, że “reszta świata” obchodzi Boże Narodzenie w pierwszy dzień świąt, a nie w Wigilię. Jednak w Ubud prawie zupełnie nie czuć świątecznego klimatu, ponieważ 99% populacji to Hindusi. Co prawda restauracje organizują “Christmas Dinner”; gdzieniegdzie widać nawet niewielką choinkę - ale palmy wciąż bardziej przyciągają wzrok :)

Ja nie jestem w świątecznym nastroju tym bardziej, że po 2 tygodniach rozmyślania właśnie poczułem wszechogarniające natchnienie do pracy. Wstaję codziennie o 8, biegam dla rozbudzenia się, wsuwam owocowe śniadanie i zasiadam do pomnażania mojego pasywnego dochodu - żeby mnie było stać na podróżowanie po Australii, Fiji, Hawajach i USA :) Trzymajcie kciuki!

Wgrałem wreszcie obiecane filmiki. Zapraszam:  http://blog.plowiec.pl/index.php/filmiki-z-podrozy/

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Bliss in Bali

Wtorek, grudzień 16th, 2008

Jestem na Bali :) Jest ślicznie!

Być może miłośnicy Indii poczują się urażeni, ale - sądząc po tym co widziałem dotychczas - Indonezja jest sto razy lepsza! Jest czysto, jest estetycznie, jest ARTYSTYCZNIE, jest kompletnie zielono.

Ceny są chyba nieco niższe niż w Indiach, a jeżeli takie same, to na pewno oferują lepszy standard. Zauważalna jest różnica w mentalności - ludzie sprawiają wrażenie lepiej zorganizowanych i bardziej przedsiębiorczych, przy czym podobnie jak w Indiach są mili, uśmiechnięci i oczywiście bardzo pomocni.

Zadokowałem się w Ubud. Ubud to miejscowość typowo turystyczna, położona wewnątrz wyspy. Można by ją porównać do Kazimierza nad Wisłą - co drugi dom to galeria. Artyzm tego miejsca wyraża się w detalach. Na przykład takie rzeźbione drzwi. W Europie podziwialibyście je w jakimś kościele, na Bali są normalnymi drzwiami wejściowymi do domu. Co krok widzimy jakąś rzeźbę, statuetkę, ornament albo malunek. Do tego zapierająca dech roślinność i ogrody - wszystko układa się w wyjątkowo miłą dla oczu całość.

Tutejsi ludzie - nawet bardziej niż w Indiach - dosłownie żyją religią. Co chwila są jakieś uroczystości i procesje. Na każdym podwórku znaleźć można rodzinną świątynię, a na każdym rogu natykamy się na misternie przygotowane sesajen, czyli ofiary dla bogów złożone z kwiatów i ryżu. Ofiary są zawsze świeże, ponieważ kobiety wymieniają je trzy razy dziennie.

Przez najbliższy miesiąc się stąd nie ruszam. Mam tutaj idealne miejsce do pracy oraz grudniowych rozmyślań, rocznych podsumowań i tworzenia nowych planów :)

Na razie zapraszam na relację z mojego mieszkanka. Niebawem więcej filmów, w tym kilka zaległych z Indii.

P.S. Naprawili mi ciepłą wodę :)

P.S. 2. Ubud hotels

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop