Odległość z Cairns do Sydney wynosi 2700 kilometrów. To trochę dalej niż z Gdańska do Aten. Miejscami odbijaliśmy, wiec wyszło ponad trzy tysiące kilometrów w 10 dni.
Dostaliśmy naprawdę świetne auto za bardzo dobrą kasę. Tutaj muszę przyznać honory Danielowi, bo to on je zmaterializował z moją tylko niewielką pomocą
Podróż campervanem to przygoda sama w sobie. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę z kilku ograniczeń:
- campervan nie posiada prysznica
- campervan nie posiada toalety
- campervan nie posiada gniazdka 220V. Tzn - gniazdko jest, ale działa poprawnie tylko jak sie campervana podłączy do zewnetrznego źródła prądu.
Zewnętrzne źródło prądu jest dostępne w tzw. camper-parkach, których po drodze jest bardzo wiele. Camper-park kosztuje jednak 25 dolarów za dobę i z oczywistych względów nie wchodził w grę. Nie po to wypożyczyliśmy campera, żeby jeszcze płacić za noclegi
Każdego dnia zatem, zanim pomyśleliśmy, co chcemy zobaczyć - trzeba było zlokalizować miejsce do kąpania, toaletę, prąd, a najlepiej jeszcze internet. Wschodnie wybrzeże Australii okazało się do tego doskonale przystosowane.
Właściwie wszędzie gdzie dało się zatrzymać - była również przyzwoita toaleta, często z prysznicem. Jeżeli nie w ramach kompleksu plażowego, to na stacji benzynowej lub parku. Oczywiście za darmo. Każda turystyczna zajezdnia jest też wyposażona w stoły - można zatem przyrządzić jedzonko w camperze i zjeść na świezym powietrzu z jakimś ładnym widokiem.
Laptopy i komórki ładowaliśmy we wszechobecnych McDonaldach, które oferują również darmowe WiFi. Hasło “I’m lovin’ it” nabrało nowego znaczenia. McDonald jest bardzo dobry - pod warunkiem, że nie jesz jego frytek i hamburgerów
Dla przyzwoitości kupowaliśmy loda za 50 centów i siedzieliśmy po 4 godziny nadrabiając biznesowe zaległości na sieci
No dobra, ale co ze zwiedzaniem?
zwiedzanie odbywało sie w tak zwanym “międzyczasie”.
Widzieliśmy:
- dużo ładnych plaż, przy których nie można się kąpać, bo w oceanie grasują zabójcze meduzy.
- 50 metrowe sosny - tak grube, że 3 osób nie starczy aby je objąć.
- duże białe papugi latające normalnie po mieście
- trochę australijskich stepów,
- kilka klimatycznych australijskich miasteczek, ktore wyglądały jak makiety z filmów o dzikim zachodzie
- jakiś bar na kompletnym odludziu, którego właściciele nie trzeźwieją od lat
- no i oczywiscie kangury i koale.
Na kangury natknęlismy sie wczesnie rano, gdy szukalismy miejscówki na jogę. Pasły się normalnie przy drodze i prawie wcale się nie bały ludzi. Kangur to taki przerośnięty królik, może troche wymieszany ze szczurem. Wybryk natury - porusza się przezabawnie.
Za koale musieliśmy zapłacić 20 dolców, bo nigdzie po drodze się nie pojawił. Potem sie okazało dlaczego - koale śpią po 20 godzin, bo nażrą się eukapiltusa i nic więcej im się nie chce. Australijczycy montują specjalne wiszące tunele nad autostradami, żeby koala mógł się przeprawić z jednej strony szosy na drugą - jeżeli się przypadkiem obudzi.
Na koniec trafiliśmy na warsztaty pt. Health and Happiness do Brodatego Guru. Wstęp do jogi i medytacji dla zapracowanych Sydnejczyków. Był to zdecydowanie najprzyjemniejszy element pobytu w Sydney.
Sydney kompletnie różni się od reszty Australii - pewnie na takiej samej zasadzie jak Warszawa różni się od pojezierza mazurskiego
Podziel się z innymi! Dodaj wpis do: