Dżungla, granica i francuskie ZOO

Dżungla

Mało uczęszczana droga z Calcoene do brazylijskiej granicy w Oiapoque (BR-156) ma długość 220 kilometrów. Równo połowa tej trasy to bardzo dobrej jakości asfalt, a pozostała część to gliniasta droga przez dżunglę. Miałem dużo szczęścia, gdyż pomimo rozpoczętej już formalnie pory deszczowej, w nocy padało tylko odrobinę. Jednak jazda po nawet odrobinę wilgotnej glinie jest nie lada wyzwaniem, gdy ma się do dyspozycji wyłącznie dwa koła odziane w “szosowe” opony.

From South America 2013
From South America 2013

Nabrałem już trochę praktyki i mogę stwierdzić, że zarówno po mokrej glinie, jak i po innych śliskich nawierzchniach da się jechać motocyklem w miarę szybko jeżeli zastosujemy technikę “jazdy na krechę”. Kto jeździ na nartach ten wie, że gdy się jedzie prosto, a na torze jazdy nie ma nierówności, to stosunkowo łatwo jest utrzymać równowagę. I jeżeli tylko na końcu mamy gdzie zahamować, to niebezpieczeństwo jest pod kontrolą. Problem z drogą BR-156 był taki, że jej gliniana część była usiana dziurami niczym Maasdamer, a stojąca w dziurach woda uniemożliwiała ocenę głębokości wybojów.

W takich okolicznościach nie ma przebacz - trzeba jechać powoli; co najwyżej 20 km/h, zeby w przypadku utraty przyczepności dać radę się zatrzymać podpierając nogami. Jednocześnie trzeba utrzymywać dosyć wysoki bieg - w moim przypadku czwórkę - gdyż inaczej tylne koło za bardzo wyrywa i się ślizga. O używaniu hamulców można właściwie zapomnieć, bo najmniejsze szarpnięcie sprawia, że traci się trajektorię. Pod górkę można nieco przyspieszyć, bo w razie kłopotów motocykl sam wytraci prędkość.

W ten oto sposób, po 4 godzinach, przejechawszy 110 kilometrów po ślizgawce, dotarłem wreszcie do końca Brazylii! W tym czasie w motocyklu odkręciły się tylko dwie śrubki, lecz na szczęście nic nie odpadło, a ja nie zaliczyłem żadnej wywrotki.

From South America 2013

Granica

Granica brazylijsko-gujańska, a dokładniej rzecz ujmując: brazylijsko-francuska, biegnie wzdłuż rzeki. Ponad rzeką ze zdziwieniem ujrzałem piękny, błyszczący nowością most, prawie jak Świętokrzyski. Serce aż podskoczyło, lecz moja radość nie trwała długo. Okazało się bowiem, że choć most ów ukończono dwa i pół roku temu, to aby dochować zasady, że w Ameryce Południowej wszystko dzieje się w odpowiednim tempie, do dziś nie oddano go do użytku.

Pozostała mi zatem przeprawa łódką. Dowiedziałem się, że mogę albo zapłacić 200 Euro i wynająć cały prom, albo poczekać do następnego dnia i rano popłynąć promem razem z innymi - i wtedy kosztuje to tylko 20 Euro. Mogę też za 25 Euro wynająć małą łodkę pasażerską, gdyż mój motocykl powinien się na nią zmieścić. Ponieważ po ponad 5 tygodniach spędzonych w Brazylii już bardzo chciałem znaleźć się w tak przyjaźnie i swojsko brzmiącej Unii Europejskiej, zdecydowałem się na opcję ostatnią.

Sprawy potoczyły się prędko. Po jakichś śliskich deskach kazali mi zjechać na plażę, dwóch gości podjechało motorowym kajakiem, zapakowało mój ważący 120 kilo motocykl na dziób, mnie kazali usiąść na motocyklu, żebym trzymał równowagę, po czym z zawrotną prędkością przewieźli mnie 5 kilometrów wzdłuż rzeki, gdyż w takiej odległości znajdowała się najbliższa europejska osada. Nogi trzęsły mi się ze strachu jeszcze przez 10 minut po zejściu na ląd :)

From South America 2013
From South America 2013

Gdy już nieco ochłonąłem i ustaliłem, że do zachodu słońca mam jeszcze ponad godzinę, postanowiłem rozejrzeć się trochę po okolicy. Jestem w końcu w nie byle jakim miejscu - ha! - Gujana Francuska! Cóż brzmi bardziej egzotycznie i ekskluzywnie? Na pewno już za moment, za najbliższym rogiem ujrzę resort z basenem, sauną i masażami. Hmm, taak, masaże doskonale rozładują stresy spowodowane jazdą po dziurach. I do tego jakieś przyzwoite francuskie wino do kolacji. No tak, kolacja.. Ciekawe, czy uda mi sie znaleźć jakieś dobre sushi?

Pierwszym co ujrzałem po wyjechaniu za winkiel była grupa wysokich i napakowanych Murzynów. Czarnoskórzy obywatele Francji, dużo więksi i groźniej wyglądający od Brazylijczyków, skupiali się wokół niewielkiej drewnianej chaty i przy głośnej muzyce disco pilnie pracowali nad powiększaniem swojej masy mięśniowej. Przerobiona na siłownię chata była zbyt mała by pomieścić zarówno przyrządy do ćwiczeń, jak i Murzynów, dlatego też część ławeczek i hantli była wystawiona na trawnik przy ulicy. Muzyka się niosła, pot skapywał na ziemię, naprężone mięśnie błyszczały w słońcu, a nieliczni przechodnie mogli podziwiać zmagania osiłków z siłą grawitacji.

Przejechałem kolejne 100 metrów i natknąłem się na coś w rodzaju rynku, z jedną czynną restauracją. Od centralnego placyku odchodziło kilka uliczek wypełnionych zaparkowanymi Citroenami i Peugeotami, na prawo była szkoła, dwa urzędy z flagą UE, a trzysta metrów dalej - cmentarz. I droga wylotowa na północ. Zgasiłem motocykl, z niedowierzaniem rozejrzałem się wokół i skonstatowałem, że jestem na jakimś wiejskim zadupiu!

Jedyny czynny hotel, w cenie 55 Euro za dobę (bez śniadania), znajdował się - a jakże! - naprzeciw wiejskiej siłowni. Jedyna czynna restauracja serwowała wino - do wyboru wedle gustu - chilijskie lub argentyńskie. Za to mieli francuskie bagietki. Zamówiłem wegetariańską kanapkę za 4 Euro, i ta na pierwszy rzut oka prezentowała się całkiem okazale. Już się ucieszyłem, że zatopię zęby w smakowicie wyglądającym grubym plastrze francuskiego sera, gdy ten okazał się być… pokrojonym kartoflem! Zapiłem kartoflaną bagietkę coca-colą i czym prędzej poszedłem spać - z myślą, że już następnego dnia się stąd wydostanę i dojadę do stolicy, czyli Cayenne. A Cayenne przecież brzmi nie byle jak!

Cayenne i cała reszta

Sądzę, że najlepszym podsumowaniem zarówno stolicy, jak i całej Gujany Francuskiej będzie stwierdzenie, że choć spędziłem tam trzy doby, to nie przyszło mi do głowy, żeby zrobić jakieś zdjęcie. Prawdę mówiąc, to w ciągu tych 72 godzin w ogóle nic mi nie przychodziło do głowy, gdyż każdy najmniejszy rzut oka na cennik hoteli lub kartę dań wprawiał mnie w przeciągły stupor. Z rezygnacją przyglądałem się jak wypłacone z bankomatu 500 Euro paruje szybciej niż deszcz na rozgrzanym asfalcie. Nocami modliłem się do Buddy, Jezusa oraz Dartha Vadera, by konsulat Surinamu jak najprędzej wydał mi wizę, cobym mógł się z terenu kochanej Unii jakoś wydostać. {Darth Vader jest kumplem surinamskiego prezydenta, co najwidoczniej pomogło}

Gujana Francuska, proszę Państwa, to jest kompletna lipa. I to nie z powodu wysokich cen, pal licho koszty; tam po prostu nie ma czego szukać. Ani to Francja, ani Ameryka. Nie ma czego zwiedzać, nie ma gdzie się bawić, ani z kim pogadać - bo przecież Francuzi uporczywie nie mówią po angielsku. Nieliczni turyści wydają się równie zagubieni jak lokalni mieszkańcy. Na ich twarzach maluje się wyraz zdziwienia i zdystansowanej zadumy. Tak jakby obudzili się nagle i znaleźli w innym, równoległym Matrixie. Przecierają oczy, niby wszystko wygląda podobnie, niby wszystko w porządku - a jednak trudno się pozbyć uczucia, że rzeczywistość jest sztuczna i coś wisi w powietrzu.

Ten dziwny skrawek terenu jest jak ogród zoologiczny. Ogród ten nie ma co prawda zbyt wielu odwiedzających, ale żyje w nim aż 240 tysięcy przedstawicieli gatunku homo sapiens, których trzeba nakarmić, żeby nie uciekli. I Francja będzie to robić jeszcze przez długi czas, bo jak się wybudowało blisko równika kosmodrom, to teraz trzeba o niego dbać.

**

P.S. A oto jedyne zdjęcie, które zrobiłem w Gujanie Francuskiej. Ten wesoły gość, to przypadkiem napotkany Brytyjczyk, który jedzie na rowerze aż z Kanady. Jest już dwa i pół roku w trasie. Jego strona to OneBikeOneWorld.com.

From South America 2013
Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Tags:

One Response to “Dżungla, granica i francuskie ZOO”

  1. Max Love Says:

    wow!!! cos mi to barbados cenowo przypomnialo :)
    tu druga gujana bedzie inna, poznalem goscia na key west co meiszka nieopodal stolicy, tam mowil ze za 5$/dzien moze zyc :)

Leave a Reply

Sponsorzy