Archive for maj, 2009

Zaległe filmiki - seria pierwsza

Sobota, maj 23rd, 2009

Czas nadrobić zaległości filmowe. Dziś w menu trzy filmiki z Australii oraz Nowej Zelandii.

Filmików mam więcej, ale wgrywają się strasznie wolno na tym fidżijskim internecie, będę zatem wrzucał partiami.. :) Milego oglądania!

 

Miś Koala

 

Woofing w Vistarze (przepraszam za przekleństwa :) )

 

Kangury przy trasie szybkiego ruchu

Jak się żyje na Fiji

Sobota, maj 16th, 2009

Jest ogólnie drogo, ale to nie znaczy, że nie da się dobrze ustawić :)

Znów miałem sporo szczęścia. Poprzez Couchsurfing trafiłem do hinduskiej rodziny, która jako jedna z niewielu w Savusavu dysponuje stałym łączem internetowym i pokojem w “centrum” do wynajęcia. To naprawdę wyjątkowy fart, ta mieścina to są DOSŁOWNIE dwie ulice na krzyz, przy czym tylko na jednej jest trochę sklepów. Zyje tu sporo zachodnich ludzi, lecz wszyscy mają posesje kilkanaście kilometrów od miasta i w razie potrzeby dojeżdzają samochodem. Taki układ nie wchodził w grę, bo za miastem nie ma Internetu.

Mieszkam zatem w kawalerce dobudowanej do domu lokalnej rodziny. Za pokój płacę 520 PLN miesięcznie. Warunki przypominające Indie - nic nadzwyczajnego. No ale przynajmniej nie śpię już w 8 osobowych dormitory-rooms. Mam własną łazienkę, lodówkę i miejsce do pracy. Za dodatkowe 100 PLN tygodniowo hinduska rodzina mnie karmi - 4 posiłki dziennie (śniadanie, lunch, podwieczorek i obiadokolacja). Pyszniaste wegetariańskie jedzenie i bardzo mili ludzie. Dzieciaki mają Playstation2, więc czasem pogram sobie w Need For Speed :)

Internet jest gratis i to w dwóch opcjach. Albo chodzę obok do domu gospodarzy i podpinam się do kabla na pare godzin - albo siadam w swojej kawalerce i kładę nogi na stół - bo wtedy łapie mi skądś internet bezprzewodowy :):)

DSCF6257.JPGPracować przed ekranem można w dowolnym miejscu na świecie :)

Zaczynam chyba powoli rozumieć klimat wysp Pacyfiku. To jest dosłownie drugi koniec świata - i to jest ich podstawowa zaleta. Nie da się uciec dalej.

Ludzie przyjeżdzają tutaj na kilka miesięcy w roku po to, żeby oderwać się od cywilizacji, odreagować. Zaszyć się w dżungli, gdzie można bez przeszkód pić piwo, zapalić trawę, usmażyć sobie coś na grillu. Gapic sie na palmy, i niczym sie nie przejmować. A wieczorem zaprawić się Kavą.

Kava jest popularna na wszystkich wyspach Oceanu Spokojnego i wbrew pozorom nie ma nic wspólnego ze zwykłą kawą. Właściwie jest jej przeciwieństwem, ma bowiem efekt usypiająco-rozluźniający. Kave robi się z suszonego korzenia lokalnej odmiany pieprzu. Korzeń ściera się na proszek, zawija w szmatkę i rozrabia z letnią wodą. Wywar przyrządza się w dużej misce, z której całe towarzystwo pije do spółki. Roztwór nie ma żadnego zapachu, kolor blado-mętno-szary, smak nijaki. Spróbowałem trochę, to zdrętwiał mi język :P

Kava powder making of Kava

http://pl.wikipedia.org/wiki/Piper_methysticum - tutaj jest szerszy opis na Wiki.

Jeśli po przeczytaniu przyszło wam do głowy, że mógłbym Wam troche wysłać, to donoszę, że w Unii Europejskiej pieprz metystynowy jest uznawany za narkotyk i jego sprzedaż jest nielegalna :)

A zatem klimat Fidżi to nie jest do końca mój klimat, bo ja od 3 miesięcy nie piję nawet zwykłej kawy, nie mówiąc o poważniejszych używkach. Ale rozumiem, że ludzie mają różne sposoby  ”odreagowywania”.

Ja sobie codziennie ćwiczę jogę i medytuję. A jutro pójdę na 10 rano do kościoła po drugiej stronie ulicy, gdzie chrześcijańscy Fidżijczycy z prawdziwymi afro-czuprynami grają rewelacyjną muzykę gospel :)  Będzie fun!

Fiji jak z obrazka?

Środa, maj 13th, 2009

Pacyfik, błękitne laguny, złociste plaże i girlandy. Raj na ziemi i drinki z palemką.

Jeżeli takie jest Wasze wyobrażenie na temat Fiji, to znaczy, że podobnie jak ja - macie mózgi wyprane przez agentów turystycznych i katalogi biur podróży :) Niestety ma to niewiele wspólnego z rzeczywistością.

Może jednak zanim zacznę pastwić się nad Fidżi - trochę pozytywów na dobry początek :)

  • Jest ciepło, ale bez przesadnego skwaru. Około 26-30 stopni. Klimat bardzo przyzwoity, właśnie skończyła się pora deszczowa. Nie ma zbyt wiele komarów. Powietrze ma zapach wakacji. Reumatyzm w kolanach, który męczył mnie przez całą Nową Zelandię - zniknął, jak ręką odjął :)
  • Jest śliczna natura. Tropikalna dżungla niesamowicie gęsta - przez okno samolotu wydawało mi się, że to wielkie połacie trawy, a to po prostu drzewa rosnące tak blisko siebie, że tworzą jeden ogromny płat zieleni. Na dodatek teren jest górzysty - jak w Nowej Zelandii - co dodaje mu uroku. Fidżi = zielone wzgórza.
  • Ludzie są tutaj przyjaźni. Uśmiechają się na ulicy, pozdrawiają. Nie ma sztucznych barier kontaktu. Nie da się odczuć, że jeszcze 200 lat temu lokalni mieszkańcy praktykowali kanibalizm :)

DSCF6188.JPG

A teraz do rzeczy:

Fiji to po prostu Indie. Daniel powiedział: “wypaczone Indie” i w zupełności się z nim zgadzam. Wypaczone dlatego, że wszystko jest tutaj 3 razy droższe niż w Indiach! Poza cenami - różnic jest niewiele. Ten sam bałagan, ta sama rozlazłość, to samo powolne tempo. Nawet autobusy są podobnie rozpadnięte, a lotnisko w Nadi (główny port lotniczy na Fiji) miało przegniły sufit - dokładnie jak w Bombaju.

Owszem - jest ciepło, są piękne palmy, wzgórza i wysepki. Ale dla lokalnej społeczności to nie jest nic nadzwyczajnego - w końcu mają to od zawsze, więc nie kultywują tego ślicznego krajobrazu. Wszystko jest zrobione tanio, kiczowato i na odpierdziel; na próżno szukać krzty artyzmu. Mam wrażenie, że Fidżijczycy żyją po linii najmniejszego oporu: śmieci wrzucają do rzeki i ścinają całe palmy, po to żeby zebrać owoce.

Nie czepiał bym się, gdyby tutaj było tanio. Ale nie jest. Poziom cen łatwo można określić poprzez koszt półtoralitrowej butelki wody. Na Fidżi najtańsza woda kosztuje 2,30 PLN. W Singapurze 2,5 PLN. Na Bali kosztowała 1 PLN, w Indiach 85 groszy. A zatem ceny na Fidżi są niemalże europejskie, a standard życia nijak do tych cen nie przystaje.

DSCF6207.JPG

DSCF6194.JPG

Przy takich cenach, to tutaj wszędzie powinna być klimatyzacja, czyste chodniki, dobre drogi i ciepła woda w kranie. Nic z tych rzeczy. Wszystko jest stare i poobdzierane; większość sklepów straszy wystrojem wnętrza. Drogi są dziurawe, a na tych drogach… co trzecie auto to NOWA Toyota Hilux lub Nissan Navara. Nie mam pojęcia kogo stać na te samochody, bo większość społeczeństwa zdaje się żyć na granicy ubostwa. To wszystko nie trzyma się kupy wedle mojego rozumowania.

Może też obiektywnie nie trzyma sie kupy, bowiem na 22 lata temu na Fiji rządy przejęło wojsko i najwidoczniej postawiło na inne priorytety, niż dbanie o poziom życia obywateli. właśnie kolejny raz przesuneli datę wyborów (z 2009 na 2014). Prasa jest od jakiegos czasu cenzurowana, a pare tygodni temu chłopaki z koszarów wymyślili, że zdewaluują swoją walutę o 20%, żeby móc dodrukować trochę pieniędzy… Nie wiem, czy powinienem pisać więcej, bo jeszcze mnie znajdą i deportują.. :)

Wygląda na to, że Fidżi to doskonałe miejsce aby przypłynąć jachtem do kurortu i spędzić luksusowy miesiąc miodowy w cenie 500 USD za dobę od osoby. Ale w żadnym wypadku nie wychodzić na zakupy do miasta.

Bula from Fiji!

Sobota, maj 9th, 2009

Uff. Dojechalem na Fiji :)
Bula! znaczy “Hello” w lokalnym narzeczu.

DSCF6164.JPG

Pierwszy raz nocuje u Couchsurferów, bardzo miła para. Diane, irlandzka tatuażystka (lat 40) oraz Paul - fidżijski wojskowy, lat 30 :) Jak przyjechalem, to Diane właśnie robiła tatuaż dla znajomej.

DSCF6167.JPG

Nocuje u nich dzis, a jutro przenoszę się na wyspę Vanua Levu - gdzie inny Couchsurfer ma mi pomóc zalatwic jakies niedrogie mieszkanie. Mam nadzieje, ze uda sie podlaczyc internet. Jak tylko sie jakos urządzę, to dam znac!

Czy da się przejechać z USA do Ameryki Południowej?

Środa, maj 6th, 2009

Takie własnie pytanie przyszlo mi do glowy w ramach marzeń i planowania dalszych etapów podróży :) Zastanawialiście się kiedys nad tym? No bo przecież skoro obie Ameryki są połączone i rozdziela je jedynie kanał panamski (nad którym na pewno jest jakiś most) - to chyba powinno się dać dojechać z Kaliforni do Argentyny na przykład.

Otóż niezupełnie. I główną przeszkodą wcale nie jest świńska grypa w Meksyku. Ameryka Północna i Południowa są co prawda połączone drogą (Pan-American Highway), ale droga ta ma niewielką przerwę między Panamą a Kolumbią. Dziura ma długość 160 kilometrów i nazywa się wdzięcznie “Darien Gap“. Pomimo wielokrotnych inicjatyw wielu państw - póki co nie udało się tam nic wybudować.

Po prostu w Panamie kończy się droga, a zaczyna bagnista kolumbijska dżungla, do której nie powinno się wjeżdzać inaczej niż czołgiem. Istnieją śmiałkowie, którzy przeprawili się przez ten odcinek na motocyklach lub rowerem - i tak jest ponoć dużo łatwiej niż samochodem. W latach 1985 - 1987 ktoś przejechał przez Darien Gap jeepem. Dwa lata przeprawiał się przez odcinek 160 km! - obstawiam, że rozłożył jeepa na części i go przeniosł.

Trzeba także liczyć się z ryzykiem, że w pewnym momencie kolumbijscy guerillas przystawią ci lufę do skroni i dalej pojdziesz piechotą. Lub nie pójdziesz. Kartele narkotykowe polują na białych turystów, gdyż ci stanowią doskonały materiał na zakładników.

Jeżeli zatem nie jesteś komandosem, to jedyną alternatywą przy przeprawie samochodowej przez ten odcinek jest zapakowanie auta w kontener i wysłanie go statkiem z Panamy do Ekwadoru. Samemu zaś udać się trzeba na samolot, co rzecz jasna czyni całe przedsięwzięcie kompletnie nieopłacalnym finansowo.

* * *

Może jednak podróż przez samą Amerykę Południową byłaby dostatecznie dobrą przygodą? Można kupić w Ekwadorze jakiegoś starego Passata kombi, wziąć trochę 10$ banknotów na “mandaty” dla lokalnej policji i cała naprzód na południe! Spanie w samochodzie lub namiocie, kąpanie się w rzekach i polowanie na lokalne owoce. No i oczywiście nauka hiszpańskiego w przyspieszonym trybie :)

Ekwador, Peru, Boliwia, Brazylia, Argentyna - są względnie tanie i dosyć bezpieczne. Jakies 4000 kilometrów da się zrobić w jeden miesiąc, auto można sprzedać na końcu podróży. Dobry plan? Jeżeli ktoś by był zainteresowany taką wyprawą, to zapraszam! Planuję być w tamtych okolicach we wrzesniu :)

WWOOFing + PROUT, czyli Vistara

Niedziela, maj 3rd, 2009

Kasa się chwilowo skurczyła, wiec wymyśliłem, że potrzebuję zerowych kosztów życia. Zerowe koszty życia = WOOFING. WWOOFing jest popularny w Australii i NZ - polega na tym, że pracuje się gdzieś 3-4h dziennie w zamian za zakwaterowanie i wyżywienie. Prawidłowe rozwinięcie skrótu to “Willing Workers on Organic Farms” ale w moim przypadku oznacza raczej “will work for food” :)

Trafiłem do domostwa Harideva i Guruvati. Haridev i Guruvati są Nowozelandczykami i tak naprawde nazywają się Bruce i Kate, ale wolą swoje “imiona duchowe”. Mieszkają 20 kilometrów od najbliższej cywilizacji, razem z dwoma innymi rodzinami. Na posiadłości są trzy ogromne domy, kilka dobrych kawałków ogrodu, trochę krów oraz… sala medytacyjna. Miejsce nazywa się Vistara.

Medytuje się tutaj dwa razy dziennie. Rano indywidualnie - każdy w swoim rytmie, a wieczorem wspólnie. Wieczorne spotkania są całkiem przyjemne - najpierw jest pół godziny śpiewania i tańczenia do prostych rytmów, potem niesamowita sanskrycka mantra, pół godziny medytacji, znowu mantra, trochę ćwiczeń z rytmiki, a następnie pyszny wegetariański obiad w wykonaniu Guruvati :) Hasło przewodnie osadników to  “Baba nam Kevalam”, co podobno znaczy “Wszystko jest miłością”.

DSCF6105.JPG

Jakby to wszystko wydawało się wam niedostatecznie odjechane, to dodam że mieszkańcy Vistary starają się żyć wedle wytycznych Teorii Postępowego Użytkowania - w skrócie PROUT. PROUT to teoria ekonomiczna, ktora w dużym skrócie polega na tym, żeby odwrócić procesy globalizacyjne i prowadzić uduchowione życie w niewielkich, samowystarczalnych społecznościach. Jeść to, co wyrośnie w okolicy, modlić się, rozwijać duchowo, wyzbyc się egoizmu, pracować w kolektywach i dbać o planetę.

Przeczytałem pół książki w powyższym temacie i dało mi to troche do myślenia. Teoria ciekawa o tyle, że wytyka bardzo dokładnie wszystkie słabe punkty i bolączki kapitalizmu. Lecz proponowane przez Proutystów rozwiązania można włożyc między bajki, bo to jest po prostu socjalizm w innym opakowaniu i utopia taka, że mózg paruje.

Zwolennicy PROUTu wieszczą, że niebawem czeka nas Ostateczny Krach Systemu Korporacji. Kapitalizm wystrzeli jak kapiszon i zostanie po nim tylko troche dymu. Jeszcze tylko musimy poczekać do 2012 roku, kiedy to w wyniku wygranej Polaków w mistrzostwach piłki nożnej nastąpi przebiegunowanie Ziemi, ropa naftowa się skończy, Antarktyda się roztopi, a giełdy papierów wartościowych zostaną zakazane.

Wtedy przyjdzie czas na Nowy Ład, w którym wreszcie będą mogli rządzić ci, którzy nie radzą sobie w kapitaliźmie - czyli na przykład ja :)

Poza medytowaniem, śpiewaniem i teoretyzowaniem w Vistarze są jeszcze inne rzeczy do robienia. W ciągu ostatnich kilku dni:

- zrywałem jabłka,
- zbierałem orzechy,
- zmywałem naczynia,
- zbierałem krowie łajno z łąki i przewoziłem taczką do kompostownika,
- taszczyłem połamane gałęzie z placu na polanę,
- rąbałem drewno na podpałkę,
- wykonywałem inne proste prace ogrodowe.
DSCF6087.JPG
Wnioski? Absolwenci SGH wcale nie muszą sprzedawać frytek w McDonaldzie! Mogą też pracowac za darmo na farmie u socjalistów.

Swietna przygoda, nowe wyzwania, zimny prysznic dla ego, dużo bodźców do przemyśleń i kopniak motywacyjny. Wystarczy - jutro się stąd zmywam.

Czas przysiąść przed ekranem i zarobić kasę na przelot do Savusavu, małej miejscowosci w północnej części Fiji.

P.S. Sprzedam Wam przepis na super wegetariańskie kotlety: czerwona fasola z puszki + ugotowany ryż + orzechy włoskie + trochę bułki tartej + przyprawy do smaku. Wszystko zmiksowac na miazgę, uformować jak kotlety mielone i usmażyć. Podawać z sosem pomidorowym. Pycha!