Recepta na kryzys i czarne myśli

Fajnie, fajnie, wszyscy zazdroszczą, słońce, ptaszki, palmy, Bali, Gili, Fiji, blue lagoon beach i kokosy.

Jeżeli siedzisz w zziębniętej, objętej kryzysem Europie, wypełniasz PITa, zastanawiasz się kiedy Cię zwolnią i dla poprawy nastroju popijasz Cafe Latte za 11 PLN (cena 2 obiadów z deserem na Bali), to faktycznie może Ci się wydawać, że plaża nad Oceanem Spokojnym jest nieco ciekawszym miejscem do życia.

Ale tutaj doskonale sprawdza się powiedzenie “wszędzie dobrze gdzie nas nie ma”. Mnie tęskni się właśnie za widokiem śniegu, gorącą herbatą w zimowy wieczór i szusowaniem po stokach, choćby nawet w Szczyrku :) Ach, z jaką przyjemnością wsiadłbym na niewygodny orczyk!

Jednak wyrwanie się z Polski miało swoje niepodważalne zalety - i o nich mam zamiar dziś napisać. Myślę, że dojrzałem wreszcie do tego, by pozbyć się całej tej “trendy” otoczki i opowiedzieć Wam jak cała historia mojego wyjazdu wygląda od kuchni.

Mianowicie: podróż dookoła świata była od dawna w moich planach i marzeniach - ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że zostanę do niej przymuszony brakiem pieniędzy (sic!). A taki właśnie przewrotny scenariusz doszedł do skutku. W zeszłym roku z moim portfelem było już tak źle, że - w przebłysku klarownego myślenia - za ostatnie pieniądze kupiłem bilet do Indii i skierowałem się w rejony, gdzie można przeżyć za 1000 PLN miesięcznie (zamiast czterech tysięcy, które wydawałem co miesiąc w Warszawie).

Od 2003 roku prowadzę nieustannie różne biznesy internetowe. Od 2004 samodzielnie się z nich utrzymywałem i byłem święcie przekonany, że taka sytuacja będzie trwać na zawsze. Inwestorzy, spółki zoo, 300 tysięcy użytkowników, press coverage - nietrudno uwierzyć, że jest się zajebistym. W 2007 odrzuciłem nawet propozycję kupna mojej spółki za kilkaset tysięcy PLN, będąc święcie przekonanym że to za mało $$ jak za 3 lata wytężonej pracy. I jeszcze miałbym pójść na etat do korporacji? O niee, nie dam się zakuć w kajdanki :)

Życie pokazało, że rok później samodzielnie poddałem się i zrezygnowałem z prowadzenia firmy, której problemy mnie przerosły i przygniotły do podłogi. Odsprzedałem Inwestorowi moje udziały za symboliczną sumę. Kwota miała starczyć na spłatę karty kredytowej i przynajmniej kilka miesięcy podróżowania. Pieniędzy tych jednak nigdy nie ujrzałem - lecz to już temat na inną historię.

Ostatecznie znalazłem się w hinduskim ashramie, totalnie wyjałowiony kilkuletnią intensywną pracą (która nie przyniosła spodziewanych efektów), bez żadnych oszczędności i bez pomysłu co ja chcę dalej robić. Za to z darmowym jedzeniem i mnóstwem czasu na zastanawianie się nad sensem istnienia :)

Uznałem zatem, że skoro chwilowo stać mnie na wynajęcie mieszkania za 220 PLN (mój pasywny dochód w tamtym czasie wynosił niewiele więcej), to ja sobie trochę posiedzę, poćwiczę jogę, pomedytuję i zastanowię się, co ja w ogóle zamierzam zrobić ze swoim życiem.

I to była bardzo dobra decyzja.

Przede wszystkim pozytywnie podziałała na mnie zmiana kontekstu. Z centrum Warszawy, w której spędziłem 9 lat, w której wszyscy moi znajomi gdzieś pędzą, robiąc profesjonalne kariery lub budując poważne biznesy; z Warszawy, którą uważałem za nieodłączną część mojej tożsamości, ze Stolicy która była wyznacznikiem mojego sukcesu, a okazała się porażką - nagle znalazłem się w zupełnie nowym, nieznanym ale bardzo przyjaznym otoczeniu. W Ashramie ludzie nie pytają czym się zajmujesz i jaki masz samochód - panuje tutaj zupełnie inny system wartośći. Jak się potem okazało ten “inny” system wartości nie jest specyficzny wyłącznie dla Ashramu, ale dla całych Indii, a może nawet dla wszystkich rozwijających się krajów, które nie zostały dotknięte mentalnością kapitalistyczną. Kontakt z innymi wartościami dał mi sporo do myślenia (doszedłem na przykład do wniosku, że nie chcę już mieszkać w dużym mieście).

Po drugie - nieocenione okazało się to, że zostałem zupełnie sam. Odległość i ograniczony kontakt ze znajomymi sprawiły, że nagle mogłem zacząć naprawdę samodzielnie myśleć. Kto z kim przestaje takim się staje. Ponoć na bieg twojego życia największy wpływ ma kilka najbliższych ci osób. To one mówią ci, co jest możliwe, to do nich się porównujesz, to z nimi tworzysz kolektywną strefę komfortu. Ale co jeżeli dojdziesz do wniosku, że chcesz coś istotnie zmienić w swoim życiu? O wiele trudniej zrobić to wśród starych znajomych, jakkolwiek dobrzy by to byli przyjaciele - ponieważ oni oczekują, że będziesz taki jak dotychczas.

Akurat moi znajomi na pewno nie wyprowadziliby mnie na manowce, ale też bez porządnego przerywnika w postaci długiej podróży - ciężko by mi było w ich obecności odkryć, że tak naprawdę nie chcę mieszkać razem z nimi w Warszawie. Mam nadzieję, że się nie obrażą za tę dywersję :)

Po trzecie - odległość jest dobra na problemy. W Polsce pozostawiłem po sobie niezły bałagan, który wciąż nie jest posprzątany. Ale będąc z dala od tego wszystkiego - “złe duchy” nie mają na mnie takiego wpływu. Mogę pomedytować i skupić się na odbudowywaniu mojego dochodu - zamiast zamartwiać się i miotać. Najpierw muszę stanąć na nogi, a potem regulować to co jest do uregulowania - nie ma innego wyjścia. Póki co takie podejście się sprawdza i idzie coraz lepiej.

A zatem cała moja podróż to nie jest tak naprawdę relaksik na plaży, choć oczywiście zdjęcia selekcjonuję tak, aby robić jak największy show-off :) Głównym celem tej podróży jest postawienie się przed koniecznością zwiększenia mojego pasywnego dochodu. Bo podróż się w pewnym momencie skonczy - a pasywny dochód zostanie, right? Drugi cel to auto-terapia. Mam potrzebę “dokonania czegoś”. Przetrwanie kilkunastu miesięcy w obcych krajach bez żadnych oszczędności da mi dobry punkt zaczepienia w odbudowywaniu poczucia własnej wartości.

Jeżeli i Was dopadnie kryzys, utrata pracy i pakiet czarnych myśli - nie dawajcie się. Wyskoczcie z pudełka i ponownie zastanówcie się nad życiem. Bilety są teraz tanie, a w Indiach, Tajlandii lub Indonezji można żyć za grosze. Dostatek słońca i ciepłota poprawiają nastrój, a palmy nie znudzą się Wam przynajmniej przez kilka miesięcy, obiecuję! :)

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

4 Responses to “Recepta na kryzys i czarne myśli”

  1. stopaprocentowa Says:

    Bardzo budujący wpis. Każe się zatrzymać i pomyśleć. Dziękuję :-)

  2. Michał Zaborek Says:

    Zgadzam się z przedmówcą - bardzo budujące. A doświadczenia, znajomości, przygoda - bezcenne. Amerykanie mówią, że jeśli upadłeś, to dużo się nauczyłeś, jesteś bogatszy w doświadczenia, masz większą wiedzę. I prawdopodobieństwo, że za kolejnym razem się uda - roźnie. U nas bardziej jest tak, że jak upadniesz, to wielu się cieszy (a tak naprawdę nie mają odwagi cokolwiek zrobić, ale się cieszą, bo innemu się nie udało), a część jeszcze Cię kopnie. Może trochę przesadzam z tym pesymizmem, ale właśnie tego traktowania porażki jako learning point u nas mi brakuje. Poza tym, na pewno to co robisz w kontekście okoliczności nie jest IMHO porażką. A wręcz odwrotnie. Powodzenia.

  3. Renata Says:

    Witaj,
    bardzo słuszna decyzja. Jak czujesz, że jesteś w ślepej uliczce, zawsze możesz się wyrwać - do góry! Gratuluję odwagi - choć w tym poście trochę ją umniejszasz.. :)

  4. Dzimma Says:

    Witam,
    absolutnie Cię rozumiem i popieram.

Leave a Reply

Sponsorzy