Archive for marzec, 2009

Jedziemy!

Poniedziałek, marzec 30th, 2009

Mamy swietnego campera za 500 AUD i z darmowym paliwem. Jedziemy, medytujemy, zwiedzamy, troche pracujemy na kompach, gotujemy ryż z fasolą i kąpiemy się w jeziorach. Świetny, piękny czas. Australia nie jest taka zła jak myślałem! Jest inaczej, kompletnie inaczej niż w Azji, ale równiez pociągająco. Ludzie żyją tutaj obok natury i w zgodzie z nią.

Napisze więcej jak dorwiemy sie do stabilnego netu. Poki co korzystamy z darmowego Wi-Fi w McDonaldach :) Na Picasie są nowe foty:

From Round the World - Australia

To jest z grubsza nasza trasa. czasem odbijamy w strone lądu. Na razie przejechalismy jakies 600 km z planowanych 2600 :)


View Larger Map

Cairns i ekipa z Indii

Niedziela, marzec 22nd, 2009

Jestem już w Cairns w stanie Queensland. Północno-wschodnie wybrzeże Australii. Jest klimat, jest ocean i trochę niższe ceny. I wreszcie jakieś blondynki - niezbyt szczupłe, ale i tak nie mogę się napatrzeć :)

W Cairns jest wielu turystów i pełno atrakcji do wyboru: od skakania ze spadochronem (skydiving), loty balonem i naukę pilotażu helikoptera, poprzez przejażdzki na linie po dżungli (jungle surfing) i spływy pontonem po rzece, na nurkowaniu pomiędzy rafą koralową kończąc.

Ale największa atrakcja jest inna i zupełnie niespodziewana - Daniel ad hoc zdecydował się dołączyć do mnie na czas Australii i Nowej Zelandii! Tak - ten sam Daniel, z którym rozpocząłem moją podróż pół roku temu. Na dodatek zjawia się również Lore - Belgijka, z którą zaprzyjaźniłem się w hinduskim Ashramie. Uwielbiam takie “zbiegi okoliczności”!

Zamierzamy wypożyczyć campervana i przejechać z Cairns do Sydney wschodnim wybrzeżem Australii. Campervany są dość drogie, ale można utrafić tak zwane “relocation deals” czyli przemieszczanie camperów z miejsca na miejsce - wtedy dostaje się auto za pół darmo i właśnie z takiej oferty zamierzamy skorzystać. Haczyk polega na tym, że trzeba poruszać się naprawdę szybko - mamy jakieś 10 dni na przejechanie prawie 3000 kilometrów. Ale to sie dobrze składa, bo im prędzej wydostanę się z tego drogiego kraju, tym lepiej. Z Sydney Daniel robi skok na Fiji, a ja do Nowej Zelandii - gdzie po paru dniach spotykamy się na nowo i powtarzamy akcję z campervanem :)

Skończyły mi się kanapki przygotowane jeszcze w Darwin i od dziś żywię się owocami. Jestem właśnie na “fruktozowym haju”, czuję się bardzo lekko i mam wyjątkowo dobry humor :) Hostel w Cairns kosztuje 13 AUD dziennie. Dzienna porcja 4 kilo owoców + 3 litry wody = 12 AUD. Jednym słowem - przeżyję! :)




Terra Australis

Piątek, marzec 20th, 2009

Mój pierwszy przystanek na ziemi australijskiej to Darwin - stolica Northern Territory, nazwana na cześć Karola Darwina.

Pierwsze wrażenie: drogo!
Drugie wrażenie: Ameryka.

Szok cenowy jest dość nieprzyjemny, ale powoli przywykam. Wszystko jest mniej więcej 6-10 razy droższe niż na Bali i około 60% droższe niż w Polsce. Człowiek czuje się dosłownie nabijany w butelkę - gdy za małą wodę musi nagle zapłacić 5 złotych zamiast 50 groszy. Na szczęście na lotnisku poznałem Tomka - prawdziwego backpackera z Polski, który szanuje swoje pieniądze. Podróżuje autostopem, śpi gdzie się uda za darmo, a jak się nie uda to w namiocie. Tomek zrobił mi przyspieszony kurs oszczędzania: kierunek hipermarket - chleb za 1,5 dolara, pomidory, banany i woda marki Home Brand :) Studenckie życie! Zdaje się, że to będzie moja “karma” przez najbliższe tygodnie :)

Darwin jest ładnym, w miarę spokojnym i niestety pozbawionym duszy 110-tysięcznym miastem. O ile może z wyglądu przypominać Kalifornię, to nie ma tutaj żadnej myśli przewodniej, żadnego Hollywood, żadnego prawdziwego klimatu. Właściwie to nie ma tutaj nic do robienia prócz upijania się - co lokalni oraz turyści ochoczo czynią w pubach na Mitchell Street.

Jest drogo - ale trzeba przyznac, ze jest też czysto, ładnie, estetycznie i profesjonalnie. Obowiązujące hasło brzmi: “No worries”. Kończąc konwersację (np w sklepie czy przez telefon) usłyszysz tę frazę od każdego Australijczyka. Rzuca się w oczy również australijski luz i swego rodzaju frywolność. Z przekazów reklamowych uderza wszechogarniający entuzjazm. Jest kolorowo, nieformalnie i chilloutowo. Oczywiście jezeli masz dostatacznie dużo AUD, czyli australijskich dolarów z facjatą Elżbiety II (Australia jest formalnie brytyjskim dominium).

Bardzo dużym zaskoczeniem okazali się Aborygeni. Nie zdawałem sobie sprawy, że jest ich w Australii tak wielu i że tak specyficznie wyglądają. Nie widziałem nigdy wcześniej takich twarzy - szerokie łuki brwiowe, głęboko osadzone oczy i potężne, mięsiste nosy - jak goryle z kreskówek. Dorośli Aborygeni poruszają się na bosaka, a ich dzieci skaczą po wszystkim jak młode małpy.

Da się zauważyć, że rdzenni mieszkańcy Australii nie odnajdują się w “zachodniej” rzeczywistości, stanowiąc najczęściej obywateli drugiej kategorii. Smutne to. Przyjechali biali ludzie, wprowadzili własne porządki, wykosili Aborygenów (zobacz: skradzione pokolenie) - a teraz robią pieniądze na aborygeńskiej sztuce, sprzedając turystom malowane bumerangi..

From Round the World - Australia

P.S. Terra Australis Incognita - nieznany ląd południowy. Umieszczany przez stulecia na mapach świata, zgodnie z przekonaniem że na półkuli południowej musi istnieć jakiś ogromny kontynent, który równoważyłby wagę kontynentów północnych.

Recepta na kryzys i czarne myśli

Niedziela, marzec 15th, 2009

Fajnie, fajnie, wszyscy zazdroszczą, słońce, ptaszki, palmy, Bali, Gili, Fiji, blue lagoon beach i kokosy.

Jeżeli siedzisz w zziębniętej, objętej kryzysem Europie, wypełniasz PITa, zastanawiasz się kiedy Cię zwolnią i dla poprawy nastroju popijasz Cafe Latte za 11 PLN (cena 2 obiadów z deserem na Bali), to faktycznie może Ci się wydawać, że plaża nad Oceanem Spokojnym jest nieco ciekawszym miejscem do życia.

Ale tutaj doskonale sprawdza się powiedzenie “wszędzie dobrze gdzie nas nie ma”. Mnie tęskni się właśnie za widokiem śniegu, gorącą herbatą w zimowy wieczór i szusowaniem po stokach, choćby nawet w Szczyrku :) Ach, z jaką przyjemnością wsiadłbym na niewygodny orczyk!

Jednak wyrwanie się z Polski miało swoje niepodważalne zalety - i o nich mam zamiar dziś napisać. Myślę, że dojrzałem wreszcie do tego, by pozbyć się całej tej “trendy” otoczki i opowiedzieć Wam jak cała historia mojego wyjazdu wygląda od kuchni.

Mianowicie: podróż dookoła świata była od dawna w moich planach i marzeniach - ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że zostanę do niej przymuszony brakiem pieniędzy (sic!). A taki właśnie przewrotny scenariusz doszedł do skutku. W zeszłym roku z moim portfelem było już tak źle, że - w przebłysku klarownego myślenia - za ostatnie pieniądze kupiłem bilet do Indii i skierowałem się w rejony, gdzie można przeżyć za 1000 PLN miesięcznie (zamiast czterech tysięcy, które wydawałem co miesiąc w Warszawie).

Od 2003 roku prowadzę nieustannie różne biznesy internetowe. Od 2004 samodzielnie się z nich utrzymywałem i byłem święcie przekonany, że taka sytuacja będzie trwać na zawsze. Inwestorzy, spółki zoo, 300 tysięcy użytkowników, press coverage - nietrudno uwierzyć, że jest się zajebistym. W 2007 odrzuciłem nawet propozycję kupna mojej spółki za kilkaset tysięcy PLN, będąc święcie przekonanym że to za mało $$ jak za 3 lata wytężonej pracy. I jeszcze miałbym pójść na etat do korporacji? O niee, nie dam się zakuć w kajdanki :)

Życie pokazało, że rok później samodzielnie poddałem się i zrezygnowałem z prowadzenia firmy, której problemy mnie przerosły i przygniotły do podłogi. Odsprzedałem Inwestorowi moje udziały za symboliczną sumę. Kwota miała starczyć na spłatę karty kredytowej i przynajmniej kilka miesięcy podróżowania. Pieniędzy tych jednak nigdy nie ujrzałem - lecz to już temat na inną historię.

Ostatecznie znalazłem się w hinduskim ashramie, totalnie wyjałowiony kilkuletnią intensywną pracą (która nie przyniosła spodziewanych efektów), bez żadnych oszczędności i bez pomysłu co ja chcę dalej robić. Za to z darmowym jedzeniem i mnóstwem czasu na zastanawianie się nad sensem istnienia :)

Uznałem zatem, że skoro chwilowo stać mnie na wynajęcie mieszkania za 220 PLN (mój pasywny dochód w tamtym czasie wynosił niewiele więcej), to ja sobie trochę posiedzę, poćwiczę jogę, pomedytuję i zastanowię się, co ja w ogóle zamierzam zrobić ze swoim życiem.

I to była bardzo dobra decyzja.

Przede wszystkim pozytywnie podziałała na mnie zmiana kontekstu. Z centrum Warszawy, w której spędziłem 9 lat, w której wszyscy moi znajomi gdzieś pędzą, robiąc profesjonalne kariery lub budując poważne biznesy; z Warszawy, którą uważałem za nieodłączną część mojej tożsamości, ze Stolicy która była wyznacznikiem mojego sukcesu, a okazała się porażką - nagle znalazłem się w zupełnie nowym, nieznanym ale bardzo przyjaznym otoczeniu. W Ashramie ludzie nie pytają czym się zajmujesz i jaki masz samochód - panuje tutaj zupełnie inny system wartośći. Jak się potem okazało ten “inny” system wartości nie jest specyficzny wyłącznie dla Ashramu, ale dla całych Indii, a może nawet dla wszystkich rozwijających się krajów, które nie zostały dotknięte mentalnością kapitalistyczną. Kontakt z innymi wartościami dał mi sporo do myślenia (doszedłem na przykład do wniosku, że nie chcę już mieszkać w dużym mieście).

Po drugie - nieocenione okazało się to, że zostałem zupełnie sam. Odległość i ograniczony kontakt ze znajomymi sprawiły, że nagle mogłem zacząć naprawdę samodzielnie myśleć. Kto z kim przestaje takim się staje. Ponoć na bieg twojego życia największy wpływ ma kilka najbliższych ci osób. To one mówią ci, co jest możliwe, to do nich się porównujesz, to z nimi tworzysz kolektywną strefę komfortu. Ale co jeżeli dojdziesz do wniosku, że chcesz coś istotnie zmienić w swoim życiu? O wiele trudniej zrobić to wśród starych znajomych, jakkolwiek dobrzy by to byli przyjaciele - ponieważ oni oczekują, że będziesz taki jak dotychczas.

Akurat moi znajomi na pewno nie wyprowadziliby mnie na manowce, ale też bez porządnego przerywnika w postaci długiej podróży - ciężko by mi było w ich obecności odkryć, że tak naprawdę nie chcę mieszkać razem z nimi w Warszawie. Mam nadzieję, że się nie obrażą za tę dywersję :)

Po trzecie - odległość jest dobra na problemy. W Polsce pozostawiłem po sobie niezły bałagan, który wciąż nie jest posprzątany. Ale będąc z dala od tego wszystkiego - “złe duchy” nie mają na mnie takiego wpływu. Mogę pomedytować i skupić się na odbudowywaniu mojego dochodu - zamiast zamartwiać się i miotać. Najpierw muszę stanąć na nogi, a potem regulować to co jest do uregulowania - nie ma innego wyjścia. Póki co takie podejście się sprawdza i idzie coraz lepiej.

A zatem cała moja podróż to nie jest tak naprawdę relaksik na plaży, choć oczywiście zdjęcia selekcjonuję tak, aby robić jak największy show-off :) Głównym celem tej podróży jest postawienie się przed koniecznością zwiększenia mojego pasywnego dochodu. Bo podróż się w pewnym momencie skonczy - a pasywny dochód zostanie, right? Drugi cel to auto-terapia. Mam potrzebę “dokonania czegoś”. Przetrwanie kilkunastu miesięcy w obcych krajach bez żadnych oszczędności da mi dobry punkt zaczepienia w odbudowywaniu poczucia własnej wartości.

Jeżeli i Was dopadnie kryzys, utrata pracy i pakiet czarnych myśli - nie dawajcie się. Wyskoczcie z pudełka i ponownie zastanówcie się nad życiem. Bilety są teraz tanie, a w Indiach, Tajlandii lub Indonezji można żyć za grosze. Dostatek słońca i ciepłota poprawiają nastrój, a palmy nie znudzą się Wam przynajmniej przez kilka miesięcy, obiecuję! :)