Coś być musi, do cholery, za zakrętem!

Dziś już chyba po raz piąty wybrałem się na Samotną Przejażdżkę pomiędzy Polami Ryżowymi. Coś mnie tam nieodparcie ciągnie, nęci i wabi. Za każdym razem mam jakieś przebłyski. Ale wciąż nie mogę odkryć o co chodzi.

Przeważnie ruszam zaraz po obiedzie, koło 15:00. Dopijam imitację herbaty w Dewa Warung i odpalam skuter. W trzydzieści sekund przebijam się przez ruchliwy kawałek ulicy i obok Ubud Palace skręcam w prawo. Jeszcze moment kostki brukowej, po której motor niebezpiecznie pływa - i wyjeżdzam na dobrej jakości asfaltową drogę wiodącą do przeszłości. Balijskiej i mojej.

Turystyczna część Ubud kończy się prawie natychmiast - i zaczyna się Zieleń. Gosia mówiła, że na Bali zieleń jest najbardziej zielona na świecie - i miała rację. Po prawej wielopoziomowe ryżowe poletka pocięte w prostokąty i nawodnione tak mocno, że spomiędzy łodyżek odbijają się promienie światła. Po lewej niezbyt wysokie, ale bujne palmy z liśćmi tak ogromnymi, że mogłyby służyć za dwuosobowy parasol. Niebo - Słońce - Zieleń. I pusta droga. Brązowe okulary przeciwsłoneczne sprawiają, że to wszystko wydaje się jeszcze bardziej soczyste i prawie nierealne.

Tak jak podczas żeglowania można paść oczy błękitem ciągnącym się po horyzont - tak podczas mojej przejażdżki można napawać się Zielenią. Zieleń otacza, uderza i przenika przez twarz do pozostałych komórek ciała. I nie można zamknąć oczu! Już na drugim kilometrze zauważam, że jestem na haju i zupełnie bezwiednie się uśmiecham.

Pierwsze przebłyski jakie się pojawiają, to poczucie bycia chłopcem. Takim około 12-letnim. Już nie dzieckiem, nieświadomym siebie i bezrefleksyjnym - ale jeszcze nie 13-latkiem, którego zaczynają interesować dziewczyny, papierosy i uciekanie z lekcji.

Dwunastoletni chłopiec żyje w świecie, który się o niego troszczy - i wie, że na ten świat można liczyć. Świat jest zdefiniowany i przewidywalny. Dwunastoletni chłopiec nie ponosi odpowiedzialności i nie martwi się. Dwunastoletni chłopiec nie rozpamiętuje i nie ocenia. Nie rozgrywa, nie planuje, nie organizuje, nie dąży. Dwunastoletni chłopiec JEST. I żyje zgodnie z tym, co w danym dniu jest do przeżycia.

Uczucie bycia chłopcem ma swoje miejsce gdzieś w klatce piersiowej, poziomo, w dolnej części mostka. Dokładnie tam, gdzie odczuwa się nadchodzącą przygodę. Tam gdzie kumuluje się podniecenie związane z wyjazdem na kolonie. Tam gdzie ulokowana jest fascynacja z przejażdżki go-kartem.

Przystaję na moment aby obejrzeć dolinę z tarasami ryżowymi i niewielki wodospad. Nie na długo, bo to na zakręcie i niezbyt bezpiecznie.

Ludzie, których mijam na trasie uśmiechają się. Nie wiem czy do mnie, czy też może cały czas są uśmiechnięci. Pojawiają się rzadkie wiejskie zabudowania i nastrój powoli się zmienia. Widzę kobiety niosące jakiś bagaż na głowie, mijam psy niechętnie schodzące z wygrzanego asfaltu i dostrzegam dwóch mężczyzn siedzących w kucki. Prowadzą rozmowę obok starego motoru, który najwidoczniej wspólnie naprawiają. I w ich pozach jest coś doskonale znajomego; w ich ruchach jest coś o czym wszyscy dawno zapomnieli, coś co kiedyś było naturalne, a potem nagle znikło.

To czas. Nieograniczony, dostępny w nadmiarze czas. Czas niezarzucony listą obowiązków, czas nieobciążony zbliżającym się terminem. Czas dokładnie taki, jak na ławce przed liceum gdy było okienko. Czas wypełniony byciem z przyjaciółmi i gadaniem o niebieskich migdałach. Czas na testowanie głupich i mądrych pomysłów oraz myślenie o przyszłości i upragnionej wolności. Czas, w którym dwa tygodnie to rozlewająca się wieczność, a wieczorny film jest wyczekiwaną atrakcją. Czas w którym istniało coś takiego jak NUDA przejawiająca się ciężkimi ramionami i wilczym głodem. Czas, o którym starsi mówili, że nie wraca - ale wtedy nie rozumiało się, o co im chodzi.

Dojeżdżam do dużej świątyni, przy której droga zakręca i zawraca. Ta dziwna trasa to takie długie, ośmiokilometrowe “U” - które nie łączy się z niczym innym prócz głównej szosy. Droga powrotna jest z górki, więc częściej mogę jechać na luzie i nie słyszeć silnika. Jest duszno i cicho, a wiatr podwiewa kurz z ulicy. Jak w późnosierpniowy dzień, gdy pomimo słońca i jasnego nieba da się przeczuć nadchodzący wieczorny deszcz.

W tej części trasy jestem już studentem. Cieszę się tym, że mam motocykl i dumnie sunę przez piękne widoki. Pełny bak starczy na tydzień i nawet mam kasę na dobrą kolację. Czuję się pewny siebie i wyjątkowy. Prawdziwy świat już niedaleko, ale jestem więcej niż pewien, iż doskonale sobie w nim poradzę i wszystko się pięknie ułoży - tak jak układało się dotychczas. Wyobrażam sobie, że “Świetlana Przyszłość” oraz “Moje Przeznaczenie” to zbiory pokrywające się. Włącza mi się bardziej abstrakcyjne i logiczne myślenie. I tutaj właśnie pojawia się zgrzyt.

Co jest PRAWDZIWYM światem?

Ruchliwa szosa, z której wyruszyłem i do której zaraz dojadę, czy może jednak te Zielone Wzgórza wśród których jestem teraz, jeszcze przez chwilę, jeszcze przez 3 kilometry? Dlaczego Dobry Zielony Świat w pewnym momencie się anulował? Dlaczego wydaje mi się nierealny? Dlaczego w ogóle uważam, że muszę wrócić do tej hektycznej, spalinowo-internetowej rzeczywistości i brać w niej udział? Przecież to jakiś cyfrowy absurd, plastikowa próżnia. Skąd w ogóle wziął się pomysł żeby w tym uczestniczyć? Przecież  tutaj nie ma ani grama boskości. Plastik nie nasiąka boskością.

-

P.S.  Szukasz piosenki? W statystykach zauważyłem, ze wiele osób trafia z Google na ten post wpisując znaną frazę z piosenki do filmu “Zmiennicy”.  Oto link do utworu:
Przemyslaw Gintrowski - Zmiennicy [1986]

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

5 Responses to “Coś być musi, do cholery, za zakrętem!”

  1. dan Says:

    Umysł zaczyna jechać bo bandzie. Uważaj!

    Zdecydowanie obejrzyj film “Into the Wild” (Wszystko za życie), 2007. Widziałem go kilka dniu temu. Poruszający.
    Reżyserował go Sean Penn, ale postać jest na faktach autentycznych.
    http://wszystko.za.zycie.filmweb.pl

  2. admin Says:

    Hej Dan :) dzieki za troske. Film oglądałem, mysle ze nie grozi mi zagłodzenie sie na śmierc w srodku lasu :) Powyzszy wpis - aczkolwiek oparty na prawdziwych zdarzeniach i przemysleniach - jest raczej eksperymentalną próbą stworzenia kawałeczka literatury.

  3. Piotrek Says:

    Tak zauważyłem tą literacją inklinację :D. Powiem, że jak na nie-konesera jestem pod pozytywnym wrażeniem. Ta krótka opowieść wciąga. Opis przeżyć i wspomineń jest bardzo obrazowy i sugestywny. Super! :D

  4. michello Says:

    rzeczywiście ciekawy opis przejażdżki! bardzo mnie wciągnął i wydaje mi się niezwykle prawdziwy i naprawdę refleksyjny, a do tego mistrzowsko napisany.

    Żeby zrozumieć, na czym rzecz polega, wystarczy wyobrazić sobie czym jest człowiek we wszechświecie. Otóż jest zwykłym pionkiem, który przeżywa te prawie 100 lat, co w historii wszechświata jest właściwie niczym. Ma do odegrania jakąś rolę, a potem umiera, a jego zwłoki gniją w piachu tak samo jak gnije niezamrożony kurczak, który został z obiadu niewyrzucony do śmieci (reminiscencja z czasów studenckich).

    Warto chyba mieć więc więcej dystansu do siebie i nie traktować otaczającego świata zbyt poważnie. Przecież to jakaś gra wymyślona przez zwykłych śmiertelników.

  5. Filipe Says:

    Muszę przyznać, że przeczytałem cały blog podczas (niezbyt ciekawych) godzin pracy. Dodatkowo musze przyznać, że ten wpis jest najbardziej interesujący z punktu widzenia kogoś kto chce się czegoś nauczyć o podróżowaniu. Niestety uczucie jakie mi towarzyszy, to lekka zazdrość, że ja sam akurat nie mam za bardzo możliwości w tej chwili korzystać z uroków jakie daje motocyklowa przejażdżka (szczególnie w opisywanym otoczeniu)…. Kiedyś czytałem Limes Inferior Zajdla i utkwiła mi w pamięci krótka rozprawka o wartości mijającego czasu, a w tym fragmencie z kolei widzę jakby przełożenie wartości podróżowania na poznawanie siebie, otaczającego swiata i jest to bardzo piękne w obecnej sytuacji świata i ludzi na nim żyjących… Powodzenia w dalszych przygodach literackich!

Leave a Reply

Sponsorzy