Archive for luty, 2009

3 miesiące na Bali

Piątek, luty 27th, 2009

Siedzę na Bali od 7 grudnia i chyba powoli zaczyna mi się to przejadać. Dosłownie i w przenośni. Czas ruszać w poszukiwania nowej przygody - kierunek Australia! Zakupiłem bilet do Darwin na 18 marca. A zatem jeszcze tylko przez kilkanaście dni będę mógł cieszyć się azjatyckimi cenami.

Jednak news miesiąca jest inny. Nareszcie zjawiła się u mnie na Bali moja przyjaciółka Hanka i nagle życie nabrało zawrotnego tempa. Hanka chce bowiem zwiedzić więcej w 2 tygodnie niż ja w 3 miesiące: Ubud, Lovina, Candi Dasa, Lombok, Gili Islands, wulkany, czarne plaże, wodospady, gigantyczne żółwie, delfiny i rafy koralowe. A wszystko przed 10 marca. No i do tego oczywiście zakupy, odchudzanie, drinki z palemką, masaże i OPALANIE.

Opalanie jest najważniesze, ponieważ jak się wyjeżdża do ciepłych krajów to trzeba wrócić pięknie opalonym i w pierwszy dzień po urlopie ubrać się do pracy w białą bluzkę, bo to podkreśla opaleniznę - i wszyscy zawsze tak robią - i wtedy wszyscy inni zazdroszczą i to jest wyznacznik udanych wakacji. Czy jakoś tak, nie wiem czy w dobrej kolejności zapamiętałem :)

Tymczasem jak widać na załączonym obrazku, Hanka jest bledsza ode mnie, co obala odwieczny porządek rzeczy i dogłębnie porusza Hankową ambicję.

Bali Bird Park                                                                  From Round the World - Bali

P.S. Do Australii lecę Jetstar Airways, koszt 55 USD. Znowu miałem szczęście bowiem na chwilę przed zakupem bilety potaniały o sto dolarów. Teraz trzymam kciuki, żeby potaniał sam dolar - w Australii będzie mi potrzebne minimum 1000$ miesięcznie na przeżycie, zakładając że podróżował będę autostopem, a mieszkał gdzieś na poddaszach u ludzi :)

Ubud Bali travel guide

Coś być musi, do cholery, za zakrętem!

Czwartek, luty 5th, 2009

Dziś już chyba po raz piąty wybrałem się na Samotną Przejażdżkę pomiędzy Polami Ryżowymi. Coś mnie tam nieodparcie ciągnie, nęci i wabi. Za każdym razem mam jakieś przebłyski. Ale wciąż nie mogę odkryć o co chodzi.

Przeważnie ruszam zaraz po obiedzie, koło 15:00. Dopijam imitację herbaty w Dewa Warung i odpalam skuter. W trzydzieści sekund przebijam się przez ruchliwy kawałek ulicy i obok Ubud Palace skręcam w prawo. Jeszcze moment kostki brukowej, po której motor niebezpiecznie pływa - i wyjeżdzam na dobrej jakości asfaltową drogę wiodącą do przeszłości. Balijskiej i mojej.

Turystyczna część Ubud kończy się prawie natychmiast - i zaczyna się Zieleń. Gosia mówiła, że na Bali zieleń jest najbardziej zielona na świecie - i miała rację. Po prawej wielopoziomowe ryżowe poletka pocięte w prostokąty i nawodnione tak mocno, że spomiędzy łodyżek odbijają się promienie światła. Po lewej niezbyt wysokie, ale bujne palmy z liśćmi tak ogromnymi, że mogłyby służyć za dwuosobowy parasol. Niebo - Słońce - Zieleń. I pusta droga. Brązowe okulary przeciwsłoneczne sprawiają, że to wszystko wydaje się jeszcze bardziej soczyste i prawie nierealne.

Tak jak podczas żeglowania można paść oczy błękitem ciągnącym się po horyzont - tak podczas mojej przejażdżki można napawać się Zielenią. Zieleń otacza, uderza i przenika przez twarz do pozostałych komórek ciała. I nie można zamknąć oczu! Już na drugim kilometrze zauważam, że jestem na haju i zupełnie bezwiednie się uśmiecham.

Pierwsze przebłyski jakie się pojawiają, to poczucie bycia chłopcem. Takim około 12-letnim. Już nie dzieckiem, nieświadomym siebie i bezrefleksyjnym - ale jeszcze nie 13-latkiem, którego zaczynają interesować dziewczyny, papierosy i uciekanie z lekcji.

Dwunastoletni chłopiec żyje w świecie, który się o niego troszczy - i wie, że na ten świat można liczyć. Świat jest zdefiniowany i przewidywalny. Dwunastoletni chłopiec nie ponosi odpowiedzialności i nie martwi się. Dwunastoletni chłopiec nie rozpamiętuje i nie ocenia. Nie rozgrywa, nie planuje, nie organizuje, nie dąży. Dwunastoletni chłopiec JEST. I żyje zgodnie z tym, co w danym dniu jest do przeżycia.

Uczucie bycia chłopcem ma swoje miejsce gdzieś w klatce piersiowej, poziomo, w dolnej części mostka. Dokładnie tam, gdzie odczuwa się nadchodzącą przygodę. Tam gdzie kumuluje się podniecenie związane z wyjazdem na kolonie. Tam gdzie ulokowana jest fascynacja z przejażdżki go-kartem.

Przystaję na moment aby obejrzeć dolinę z tarasami ryżowymi i niewielki wodospad. Nie na długo, bo to na zakręcie i niezbyt bezpiecznie.

Ludzie, których mijam na trasie uśmiechają się. Nie wiem czy do mnie, czy też może cały czas są uśmiechnięci. Pojawiają się rzadkie wiejskie zabudowania i nastrój powoli się zmienia. Widzę kobiety niosące jakiś bagaż na głowie, mijam psy niechętnie schodzące z wygrzanego asfaltu i dostrzegam dwóch mężczyzn siedzących w kucki. Prowadzą rozmowę obok starego motoru, który najwidoczniej wspólnie naprawiają. I w ich pozach jest coś doskonale znajomego; w ich ruchach jest coś o czym wszyscy dawno zapomnieli, coś co kiedyś było naturalne, a potem nagle znikło.

To czas. Nieograniczony, dostępny w nadmiarze czas. Czas niezarzucony listą obowiązków, czas nieobciążony zbliżającym się terminem. Czas dokładnie taki, jak na ławce przed liceum gdy było okienko. Czas wypełniony byciem z przyjaciółmi i gadaniem o niebieskich migdałach. Czas na testowanie głupich i mądrych pomysłów oraz myślenie o przyszłości i upragnionej wolności. Czas, w którym dwa tygodnie to rozlewająca się wieczność, a wieczorny film jest wyczekiwaną atrakcją. Czas w którym istniało coś takiego jak NUDA przejawiająca się ciężkimi ramionami i wilczym głodem. Czas, o którym starsi mówili, że nie wraca - ale wtedy nie rozumiało się, o co im chodzi.

Dojeżdżam do dużej świątyni, przy której droga zakręca i zawraca. Ta dziwna trasa to takie długie, ośmiokilometrowe “U” - które nie łączy się z niczym innym prócz głównej szosy. Droga powrotna jest z górki, więc częściej mogę jechać na luzie i nie słyszeć silnika. Jest duszno i cicho, a wiatr podwiewa kurz z ulicy. Jak w późnosierpniowy dzień, gdy pomimo słońca i jasnego nieba da się przeczuć nadchodzący wieczorny deszcz.

W tej części trasy jestem już studentem. Cieszę się tym, że mam motocykl i dumnie sunę przez piękne widoki. Pełny bak starczy na tydzień i nawet mam kasę na dobrą kolację. Czuję się pewny siebie i wyjątkowy. Prawdziwy świat już niedaleko, ale jestem więcej niż pewien, iż doskonale sobie w nim poradzę i wszystko się pięknie ułoży - tak jak układało się dotychczas. Wyobrażam sobie, że “Świetlana Przyszłość” oraz “Moje Przeznaczenie” to zbiory pokrywające się. Włącza mi się bardziej abstrakcyjne i logiczne myślenie. I tutaj właśnie pojawia się zgrzyt.

Co jest PRAWDZIWYM światem?

Ruchliwa szosa, z której wyruszyłem i do której zaraz dojadę, czy może jednak te Zielone Wzgórza wśród których jestem teraz, jeszcze przez chwilę, jeszcze przez 3 kilometry? Dlaczego Dobry Zielony Świat w pewnym momencie się anulował? Dlaczego wydaje mi się nierealny? Dlaczego w ogóle uważam, że muszę wrócić do tej hektycznej, spalinowo-internetowej rzeczywistości i brać w niej udział? Przecież to jakiś cyfrowy absurd, plastikowa próżnia. Skąd w ogóle wziął się pomysł żeby w tym uczestniczyć? Przecież  tutaj nie ma ani grama boskości. Plastik nie nasiąka boskością.

-

P.S.  Szukasz piosenki? W statystykach zauważyłem, ze wiele osób trafia z Google na ten post wpisując znaną frazę z piosenki do filmu “Zmiennicy”.  Oto link do utworu:
Przemyslaw Gintrowski - Zmiennicy [1986]