Dietetycznie

Translation provided by mLingua: English

Ostatnio postanowiłem spróbować diety wegańskiej - tj. wegetarianizm bez jajek i bez mleka - same warzywa i owoce.

Pożeracze kotletów pomyślą, że to jakaś kompletna fanaberia, ale dla wegetarianina - to po prostu kolejny etap rozwoju. Mleko jest przecież pełne niewiadomojakich hormonów, pij mleko - będziesz kaleką i tak dalej. A jajka to nic innego jak kurzy okres. No chyba że zapłodnione, to wtedy mamy do czynienia z najzwyklejszym morderstwem.

Po weganiźmie przechodzi się na tzw. “raw diet”, czyli warzywa i owoce nieprzetworzone termicznie. Plus orzeszki i oliwa z oliwek. Czyste, żywe witaminki. To dopiero jest power, ponoć na takiej diecie wystarczają 4 godziny snu na dobę, a manifestacja intencji w paradygmacie “Law of Attraction” staje się prostsza niż audiotele. Przy okazji oszczędzamy bardzo dużo prądu lub gazu, jako że odpada gotowanie - a zaoszczędzone pieniądze możemy przeznaczyć na odpowiednio droższe organiczne rośliny.

Następny w kolejce jest juice feasting - czyli same soki. Oczywiście nie żadne kubusie czy bobofruty, tylko własnoręcznie przyrządzone świeże soki, doprawione macą i spiruliną - najnowszymi zdobyczami wegańskiej techniki. Pijąc soki nie traci się już energii na żucie i nadmierne trawienie, można się skupić na tworzeniu lepszego świata. Na tym etapie przestajemy zabijać owady, nawiązując z nimi intuicyjną bliskość. Można np. dogadać się z komarami, żeby gryzły twojego partnera, a nie ciebie.

Po odpowiednio długim okresie diety opartej na sokach, możemy się spodziewać wytworzenia mechanizmów fotosyntezy i wtedy wchodzimy w fazę odżywiania się światłem i wodą. To jest dopiero prawdziwa wolność! Nie trzeba już martwić się swoimi finansami, ponieważ woda jest ogólnodostępna i przeważnie darmowa. (uwaga: osoby żyjące za kołem podbiegunowym pragnące przejść na fotosyntezę muszą dodatkowo wytworzyć u siebie mechanizm zapadania w sen zimowy, który pozwoli przeżyć miesiące z niedoborem światła).

Ostatnim etapem rozwoju jest energia kosmiczna i jeżeli tylko nauczymy się korzystać z tej wszechprzenikającej siły, to nie potrzebujemy już żadnych płynów ani nawet promieni słonecznych. Stajemy się święci i przezroczyści. Jednoczymy się z całym Wszechświatem i raz na zawsze pozbywamy się grzechu pierworodnego (zjedzenie jabłka - co za okrucieństwo! Przecież to jabłko na pewno cierpiało na subatomowym poziomie).

No ale zejdźmy na ziemię.

Póki co jestem tylko bezdusznym potworem, który jeszcze na początku grudnia jadł w Singapurze sushi, a teraz zajada się penne z parmezanem (penne - jajka, parmezan - mleko). A na deser chocolate mud cake lub tiramisu (jajka, mleko i na pewno inne szatańskie dodatki, bo inaczej nie smakowałyby tak dobrze). Takie wybryki to oczywiście tylko od święta, bowiem w dni powszednie jadam ryż smażony z jajkiem + avocado juice z czekoladą w Tutu Dedek.

Ale jako że naturalnym pragnieniem człowieka jest rozwój, postanowiłem przez 30 dni sprawdzić, jak bardzo wzrośnie jakość mojego życia i światłość mojego umysłu, gdy pozbędę się z jadłospisu mleka i jajek.

Okazuje się, że weganizm wymaga wnikliwości (czy ciasto którym otoczony jest smażony banan zawiera jajka?) i nie lada refleksu (nie! prosze nie dolewać słodzonego mleka do soku z melona!). Świetny trening z asertywności i odporności na dziwne spojrzenia. Dieta jest też bardzo ekonomiczna, ponieważ nie wydajemy pieniędzy na słodycze - które prawie zawsze zawierają niedozwolone składniki.

Jako weganin przez pierwsze 2 dni czułem się bardzo dobrze, ale dziwnym trafem byłem tak rozleniwiony, że spalem po 14 godzin na dobę. Wstawałem rano, jadłem śniadanie i kładłem się z powrotem spać. Zauważyłem prędko, że w takim trybie wystarczają mi dwa posiłki dziennie. Wpływa to dodatnio na sytuację finansową, ale jest niekorzystne z punktu widzenia czasu, który można przeznaczyć na pracowanie. Trzeciego dnia zacząłem u siebie podejrzewać anemię, a nawet malarię, której anemia może być objawem.

Czwartego dnia uznałem, że mam w nosie taki interes i wybrałem się do Bali Buddha na jajka po benedyktyńsku. I chocolate mud cake, a co! Zapiłem indyjskim czajem na mleku. I czułem się z tym perfectly OK.

W rezultacie tego nagłego zwrotu akcji w dniu piątym zacząłem się nadmiernie pocić, a szóstego dnia nie spałem wcale, ponieważ bardzo ciężko jest usnąć w pozycji siedzącej, szczególnie jeżeli siedzi się w toalecie. Przywieziony z Polski węgiel nie pomagał.

Dziś drżącymi rękami zjadłem mango, dwa jabłka i porcję białego ryżu. I pół tabliczki czekolady mlecznej dla poprawy sprawy.

Najwidoczniej kwestie dietetycznych usprawnień muszę ugryźć z innej strony.

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Tags:

2 Responses to “Dietetycznie”

  1. dan Says:

    Jesteś lepszy od Mariolki z Paranienormalnych. Ubawiłem się!

    Po wielu latach wege (moje subiektywe zdanie) dieta jest poziomem świadomości. Wraz z rozwojem duchowym odpadają od Ciebie te rzeczy, które nie nadają na twojej wibracji. Mówiąc jeszcze bardziej skomplikowanie: umysł jest niczym innym jak polem elektromagnetycznym. Przyjmijmy, że teraz nadaje na częstotliwości 10, a wibracja pokarmu=jajka na poziomie 3, więc… zjesz czy nie zjesz? Oczywiście, że nie zjesz bo, żeby zjeść musisz najpierw o nim pomyśleć, chcieć tego w umyśle, a to się nie zdarzy. Myśli po prostu pojawiają się, zupełnie niezależnie od nas… za to zdecydowanie zależnie od poziomu energetycznego na jakim umysł jest w danym momencie. Im niższy poziom tym bardziej negatywne myśli lub zwierzęce zachowania. Im wyższy tym… hmm no właśnie sprawdźmy sami. POLECAM STAN GDY W OGÓLE NIE POJAWIA SIĘ ŻADNA MYŚL.

  2. ju Says:

    ale zabawnie piszesz :)
    fajnie :)

Leave a Reply

Sponsorzy