Mount Batur
Translation provided by mLingua: EnglishW zeszły weekend, razem z 6 osobową ekipą Couch Surferów - postanowiliśmy wdrapać się na Mount Batur. Mount Batur to półtorakilometrowy, aktywny wulkan w okolicy Ubud.
Zaczęliśmy wspinaczkę o drugiej w nocy, aby o 4 zasiąść na szczycie i poczekać na wschód słońca. A potem wycieczka brzegiem krateru, pełne jęków schodzenie w dół i popołudniowa sjesta. Fantastyczna przygoda i świetni ludzie; Couch Surfing rulezz!
Poznałem trzy lokalne dziewczyny, jedną Japonkę oraz Malezyjkę.
Szczyt wulkanu wyglądał zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałem. Wewnątrz krateru spodziewałem się ujrzeć okrągłą, ciemną, głęboką, dymiącą otchłań - do której lepiej nie podchodzić, bo można przypadkiem wpaść. Nic z tego
Po pierwsze - wulkan co prawda troche dymił, ale nie ze środka, tylko spomiędzy skał na zboczach - zarowno wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Po drugie - krater w srodku był całkowicie porośnięty zielenią i wcale nie tak przeraźliwie stromy, ani bardzo głeboki. Dałoby się zejść do środka
Po trzecie - krater wcale nie wyglądał jak krater! Jego obwód był tak ogromny, a teren tak zróżnicowany, że trzeba było sporej dozy wyobraźni przestrzennej, żeby “złożyć” swoje otoczenie w obraz wierzchołka wulkanu. Tym bardziej, że wulkan był w jednym miejscu “dziurawy” - czego z oddali nie da się dostrzec.
Widok na okolicę ze szczytu Mount Batur to prawdziwa uczta dla oczu. Z naszego wierzchołka zobaczyć można było drugi balijski wulkan, a u jego podnóża zupełnie nieoczekiwane jezioro, które przed świtem wydawało się być zwyczajną mgłą. Zbocza wulkanu i okoliczny ląd były pofałdowane niczym wnętrzne ogromnego włoskiego orzecha. Dalej znajdowała się górzysta, porośnięta palmami granica lądu i matowy ocean wymieszany z niebem w trudnych do odgadnienia proporcjach. Na horyzoncie między chmurami prześwitywał Lombok - sąsiadująca wyspa z jeszcze większym, bo prawie 4-kilometrowym wulkanem.
Na niego też wejdę!
| From Round the World - Bali |


styczeń 13th, 2009 at 10:42 po południu
Ależ ja Ci zazdroszczę, eh…