Archive for styczeń, 2009

Dietetycznie

Sobota, styczeń 24th, 2009

Ostatnio postanowiłem spróbować diety wegańskiej - tj. wegetarianizm bez jajek i bez mleka - same warzywa i owoce.

Pożeracze kotletów pomyślą, że to jakaś kompletna fanaberia, ale dla wegetarianina - to po prostu kolejny etap rozwoju. Mleko jest przecież pełne niewiadomojakich hormonów, pij mleko - będziesz kaleką i tak dalej. A jajka to nic innego jak kurzy okres. No chyba że zapłodnione, to wtedy mamy do czynienia z najzwyklejszym morderstwem.

Po weganiźmie przechodzi się na tzw. “raw diet”, czyli warzywa i owoce nieprzetworzone termicznie. Plus orzeszki i oliwa z oliwek. Czyste, żywe witaminki. To dopiero jest power, ponoć na takiej diecie wystarczają 4 godziny snu na dobę, a manifestacja intencji w paradygmacie “Law of Attraction” staje się prostsza niż audiotele. Przy okazji oszczędzamy bardzo dużo prądu lub gazu, jako że odpada gotowanie - a zaoszczędzone pieniądze możemy przeznaczyć na odpowiednio droższe organiczne rośliny.

Następny w kolejce jest juice feasting - czyli same soki. Oczywiście nie żadne kubusie czy bobofruty, tylko własnoręcznie przyrządzone świeże soki, doprawione macą i spiruliną - najnowszymi zdobyczami wegańskiej techniki. Pijąc soki nie traci się już energii na żucie i nadmierne trawienie, można się skupić na tworzeniu lepszego świata. Na tym etapie przestajemy zabijać owady, nawiązując z nimi intuicyjną bliskość. Można np. dogadać się z komarami, żeby gryzły twojego partnera, a nie ciebie.

Po odpowiednio długim okresie diety opartej na sokach, możemy się spodziewać wytworzenia mechanizmów fotosyntezy i wtedy wchodzimy w fazę odżywiania się światłem i wodą. To jest dopiero prawdziwa wolność! Nie trzeba już martwić się swoimi finansami, ponieważ woda jest ogólnodostępna i przeważnie darmowa. (uwaga: osoby żyjące za kołem podbiegunowym pragnące przejść na fotosyntezę muszą dodatkowo wytworzyć u siebie mechanizm zapadania w sen zimowy, który pozwoli przeżyć miesiące z niedoborem światła).

Ostatnim etapem rozwoju jest energia kosmiczna i jeżeli tylko nauczymy się korzystać z tej wszechprzenikającej siły, to nie potrzebujemy już żadnych płynów ani nawet promieni słonecznych. Stajemy się święci i przezroczyści. Jednoczymy się z całym Wszechświatem i raz na zawsze pozbywamy się grzechu pierworodnego (zjedzenie jabłka - co za okrucieństwo! Przecież to jabłko na pewno cierpiało na subatomowym poziomie).

No ale zejdźmy na ziemię.

Póki co jestem tylko bezdusznym potworem, który jeszcze na początku grudnia jadł w Singapurze sushi, a teraz zajada się penne z parmezanem (penne - jajka, parmezan - mleko). A na deser chocolate mud cake lub tiramisu (jajka, mleko i na pewno inne szatańskie dodatki, bo inaczej nie smakowałyby tak dobrze). Takie wybryki to oczywiście tylko od święta, bowiem w dni powszednie jadam ryż smażony z jajkiem + avocado juice z czekoladą w Tutu Dedek.

Ale jako że naturalnym pragnieniem człowieka jest rozwój, postanowiłem przez 30 dni sprawdzić, jak bardzo wzrośnie jakość mojego życia i światłość mojego umysłu, gdy pozbędę się z jadłospisu mleka i jajek.

Okazuje się, że weganizm wymaga wnikliwości (czy ciasto którym otoczony jest smażony banan zawiera jajka?) i nie lada refleksu (nie! prosze nie dolewać słodzonego mleka do soku z melona!). Świetny trening z asertywności i odporności na dziwne spojrzenia. Dieta jest też bardzo ekonomiczna, ponieważ nie wydajemy pieniędzy na słodycze - które prawie zawsze zawierają niedozwolone składniki.

Jako weganin przez pierwsze 2 dni czułem się bardzo dobrze, ale dziwnym trafem byłem tak rozleniwiony, że spalem po 14 godzin na dobę. Wstawałem rano, jadłem śniadanie i kładłem się z powrotem spać. Zauważyłem prędko, że w takim trybie wystarczają mi dwa posiłki dziennie. Wpływa to dodatnio na sytuację finansową, ale jest niekorzystne z punktu widzenia czasu, który można przeznaczyć na pracowanie. Trzeciego dnia zacząłem u siebie podejrzewać anemię, a nawet malarię, której anemia może być objawem.

Czwartego dnia uznałem, że mam w nosie taki interes i wybrałem się do Bali Buddha na jajka po benedyktyńsku. I chocolate mud cake, a co! Zapiłem indyjskim czajem na mleku. I czułem się z tym perfectly OK.

W rezultacie tego nagłego zwrotu akcji w dniu piątym zacząłem się nadmiernie pocić, a szóstego dnia nie spałem wcale, ponieważ bardzo ciężko jest usnąć w pozycji siedzącej, szczególnie jeżeli siedzi się w toalecie. Przywieziony z Polski węgiel nie pomagał.

Dziś drżącymi rękami zjadłem mango, dwa jabłka i porcję białego ryżu. I pół tabliczki czekolady mlecznej dla poprawy sprawy.

Najwidoczniej kwestie dietetycznych usprawnień muszę ugryźć z innej strony.

Nowi znajomi

Niedziela, styczeń 11th, 2009

Ostatnio się dość intensywnie uspołeczniam i poznaję ciekawych ludzi.

Na przykład Diego i Linda. Porzucili słoneczną Italię dla jeszcze bardziej słonecznego Bali. Na pytanie, czy zamierzają kiedykolwiek wrócić do Europy odpowiadają z uśmiechem, że raczej nie i wymieniają porozumiewawcze spojrzenia. Diego jest 40 letnim artystą, który pomimo sporej ilości wypalanych papierosów wygląda max na 35 lat. Zapewne dzieki bujnej, ponoć tylko czasami farbowanej czuprynie. Linda jest 25 letnią… dziewczyną artysty. A raczej Muzą - jeżeli oceniać po wyglądzie :)

Diego i Linda zapoznali mnie z parą Szwedów. Artur i Mina są równie uroczym małżeństwem w zbliżonych proporcjach wiekowych. W Sztokholmie prowadzą własną firmę budowlaną, no a że w zimie nie ma sezonu - to przyjeżdzają co roku na pięć miesięcy na Bali. Wynajmują tutaj wypasioną chatę z ogrodem i organizują wieczorki filmowe dla lokalnej społeczności. Oglądaliśmy film Koyaanisqatsi. Czapki z głów - polecam.

Wspolny wieczór pozostawił mnie w rozterce, bo teraz nie wiem które muzy są piękniejsze - włoskie, czy skandynawskie. Ach! Co za gafa! Polskie, no oczywiście że polskie!! Tylko muszą tutaj przyjechać ZANIM będę miał 35 lat.

A tak BTW - Szwed Artur okazał się Polakiem, więc było sporo śmiechu :) To już drugi ex-Polak, którego spotykam na Bali. Poprzedni był Niemcem (Martin, geb. in Breslau), podróżującym na rowerze po bezdrożach Indonezji. Poznaliśmy się w Dewa Warung, kultowej lokalnej knajpie, gdzie za obiad z deserem i pysznym avocado juice płaci się 2 dolary.

W Dewa Warung poznałem również Amerykankę Erin. Erin kiedyś mieszkała w San Diego (California), ale po odwiedzeniu Ubud postanowiła zostać tu na resztę życia. Z wykształcenia jest architektem, a Ubud się rozrasta, więc to się chyba trzyma kupy.

Dziś natomiast byłem na tradycyjnym balijskim weselu - m.in w charakterze atrakcji, z którą się robi zdjęcia :) Na wesele zaprosił mnie sąsiad mieszkający pode mną. Isaak jest z Sumatry a jego żona z Javy, lecz postanowili wziąć ślub na Bali, bo tutaj jest najbardziej artystycznie. Przyjęcie odbyło się w w lokalnej galerii sztuki - swoją drogą niezły patent!

Jutro wybieram się do specjalnego biura w sprawie przedłużenia wizy.

Mloda Para                                                                        From Round the World - Bali

Mount Batur

Sobota, styczeń 10th, 2009

W zeszły weekend, razem z 6 osobową ekipą Couch Surferów - postanowiliśmy wdrapać się na Mount Batur. Mount Batur to półtorakilometrowy, aktywny wulkan w okolicy Ubud.

Zaczęliśmy wspinaczkę o drugiej w nocy, aby o 4 zasiąść na szczycie i poczekać na wschód słońca. A potem wycieczka brzegiem krateru, pełne jęków schodzenie w dół i popołudniowa sjesta. Fantastyczna przygoda i świetni ludzie; Couch Surfing rulezz! :) Poznałem trzy lokalne dziewczyny, jedną Japonkę oraz Malezyjkę.

Szczyt wulkanu wyglądał zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałem. Wewnątrz krateru spodziewałem się ujrzeć okrągłą, ciemną, głęboką, dymiącą otchłań - do której lepiej nie podchodzić, bo można przypadkiem wpaść. Nic z tego :)

Po pierwsze - wulkan co prawda troche dymił, ale nie ze środka, tylko spomiędzy skał na zboczach - zarowno wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Po drugie - krater w srodku był całkowicie porośnięty zielenią i wcale nie tak przeraźliwie stromy, ani bardzo głeboki. Dałoby się zejść do środka :)

Po trzecie - krater wcale nie wyglądał jak krater!  Jego obwód był tak ogromny, a teren tak zróżnicowany, że trzeba było sporej dozy wyobraźni przestrzennej, żeby “złożyć” swoje otoczenie w obraz wierzchołka wulkanu. Tym bardziej, że wulkan był w jednym miejscu “dziurawy” - czego z oddali nie da się dostrzec.

Widok na okolicę ze szczytu Mount Batur to prawdziwa uczta dla oczu. Z naszego wierzchołka zobaczyć można było drugi balijski wulkan, a u jego podnóża zupełnie nieoczekiwane jezioro, które przed świtem wydawało się być zwyczajną mgłą. Zbocza wulkanu i okoliczny ląd były pofałdowane niczym wnętrzne ogromnego włoskiego orzecha. Dalej znajdowała się górzysta, porośnięta palmami granica lądu i matowy ocean wymieszany z niebem w trudnych do odgadnienia proporcjach. Na horyzoncie między chmurami prześwitywał Lombok - sąsiadująca wyspa z jeszcze większym, bo prawie 4-kilometrowym wulkanem.

Na niego też wejdę! :)

From Round the World - Bali