Livin’ on the edge
Środa, listopad 26th, 2008Jestem w Varkali i już jest dobrze
Dziś w menu fragment maila do Haneczki, mojej drogiej przyjaciółki. Za jej przyzwoleniem rzecz jasna.
| From Round The World - India |
Wlasnie przeprowadzilem się na plażę, a konkretnie to na klif przyplażowy, gdzie wynalazłem tanie mieszkanko na kilka dni. Co prawda pada deszcz (o dziwo!) i nie ma prądu (normalka), ale czuję się fajowo i w sumie troche jak w filmie.
Siedzę w italiańskiej knajpce, oglądam morze niknące w mroku, czekam na naleśnika z czekoladą plus cafe Au Lait i piszę sobie do Ciebie
![]()
Jestem tu dopiero chwilę, ale zdążyłem nabrać przekonania, że to jest własnie jedno z miejsc do których można by sie sprowadzać na 6 miesiecy w roku. Piekne widoki, troche turystów, infrastruktura sklepowo-usługowa, a wszystko skondensowane na niewielkim klifie długości może 800 metrów. Nie jest tak tanio jak pod Bangalore, ale znośnie. Za 10 USD dziennie spokojnie można wyżyć razem z mieszkaniem i internetem.
Idealne miejsce dla pisarzy i e-biznesmenów.. choć co do tego drugiego nie mam pewności, bo jakoś nie czuje specjalnego pociągu do pracy w tej turystyczno-wyluzowanej atmosferze. Na (nie)szczęście kawiarenki internetowe też mają widok na ocean…
Zanim jednak się tu sprowadzilem, to wcale nie bylo tak różowo. Najpierw trafilem do beznadziejnego Fort Kochin, ktorego opis znajdziesz na blogu. Potem się przeziębiłem spiąc przy wentylatorze i przeszedłem fazy od kataru, poprzez zapalenie krtani, utratę głosu, spazmatyczny kaszel przez 3 noce, aż po migrenę i jakieś dziwne zapalenie spojówki, która zaczęła produkować białe lepkie niewiadomoco.. Na szczęście dzis jestem już prawie zdrowy - dzięki ayurvedyjskim tabletkom, które mi sprzedali w przydrożnej aptece i na których jest napisane “to be used under medical’s supervision only”.
W miedzyczasie uciekłem z zatłoczonego Kochin i - za poleceniem Nirmala, słodkiego Yogina ktory medytuje codziennie w intencji światowego pokoju - trafiłem do niewielkiego Ashramu Narayana Gurukula, gdzie mieszka 4 mnichów sanyassinów odzianych w wyblakłe pomarańczowe prześcieradła. Ashram jest tak niszowy, że nie wszyscy lokalni rikszarze wiedzą o jego istnieniu.
Mnisi przyjęli mnie ciepło i dali mi do dyspozycji chatkę. Sanyassin zapytal, czy potrzebuję bed-sheet, czy też wystarczy mi ta słomkowa mata - co okazało się być pytaniem retorycznym. No bo jak poprosić o prześcieradło człowieka, który wyrzekł się wygód i atrakcji zewnętrznego świata i posiada na własność tylko jedno prześcieradło - to, które nosi na sobie?
W chatce było dużo różnego robactwa i innych bardziej zaawansowanych ewolucyjnie form życia, z którymi się zaprzyjaźniłem
O internecie można było oczywiście tylko pomarzyć, a jedyną dostępną lekturą była Biblia - mogę się zatem pochwalić że przeczytałem całą ewangelię wg św. Mateusza po angielsku. Dużo łatwiej się czyta niż po polsku, bo to było jakieś w miarę nowoczesne wydanie z normalnym słownictwem.
W Ashramie był guru, który codziennie o 19 zarządzał zlot załogi. Najpierw 10 minut śpiewania mantr, potem godzinny wykład z Bhagawad Gity. Niesamowite, że na temat kilku wersów z Bhagawad Gity można elaborować przez godzinę. Guru nosił skarpetki, pił herbatę i spluwał do metalowej spluwaczki z przykrywką. Doszedłem do wniosku, że duchowość duchowością, ale takie klimaty w tym wcieleniu mnie nie pociągają. I przeprowadzilem się na plażę.
Z nowości: na pierwszego grudnia zakupiłem bilet do Singapuru. Znacie może kogoś w Singapurze? Bo musze gdzieś tanio przenocować przez tydzień.. :) BTW - darmowe bilety istnieją. W Tiger Airways udało mi się kupić bilet w cenie podatków - czyli lecę z Bangalore do Singapuru za 115 USD. U konkurencji bilety są 2 razy droższe. Za tydzień będzie wiadomo, czy tygrysy dają radę


