Archive for październik, 2008

Riksza, Satsang i Mieszkanie

Niedziela, październik 19th, 2008

Howk :) dziś trochę bardziej multimedialnie i bez zbędnego rozpisywania się. Przepraszam z góry za kiepską reżyserię i zdjęcia, ale dopiero się uczę :)

RIKSZA
Pierwsza przejażdżka rikszą. Thrilling :)


SATSANG

:) Jak widać można się nieźle bawić bez alkoholu.



MOJE MIESZKANIE
Najciekawsza jest łazienka..

Is it a Mac? Czyli recenzja MSI WIND U100

Czwartek, październik 16th, 2008

Czy to Apple?

Takie pytanie slysze przynajmniej dwa razy dziennie, siedząc na necie w różnych miejscach Ashramu. Mój 10-calowy laptopik MSI WIND faktycznie jest podobny do Maca. Ba, można nawet powiedzieć, że jest mini-podróbką białego Macbooka.

From Round The World - India

Ponieważ laptok wzbudza zainteresowanie i zdecydowanie jest warty tegoż zainteresowania, postanowiłem pokusić się o zrecenzowanie jak to maleństwo sprawdza się w rękach wymagającego właściciela przy niesprzyjających warunkach podróży.

ZALETY:

1. Rozmiar, rozmiar, rozmiar! 10 cali to jest idealne rozwiązanie. Netbook jest zdecydowanie mniejszy od kartki A4 (dokladnie rozmiar B5) i waży kilogram.

Rozdzielczość 1024 x 600 px na 10 calach ekranu wygląda zupelnie naturalnie i zdecydowanie DA SIĘ na takiej matrycy swobodnie pracować (w przeciwieństwie do dziewięciocalowej - jeden cal robi ogromną różnicę!). Ekran jest wykonany w technologii back-lit, czyli swieci dużo dużo jaśniej niż tradycyjne.

2. Klawiatura. Producent chwali się, że pełnowymiarowa. Może bez przesady, jest troszeczkę mniejsza niż w standardowych laptopach, ale wystarczyło pół godziny żebym się w pełni przyzwyczaił. Klawisz funkcyjny w tym samym miejscu co w IBMach. Touchpad nie ma bajeranckich gestów jak w EEE PC, ale podstawowe gesty są (przewijanie gora i bok, podwojne klikniecie).

3. Wygląd. Tutaj pochwały powinny raczej pójść do ekipy Steva Jobsa, a nie MSI :) Laptop jest ładny, zgrabny, przyciąga wzrok. Otwarta górna pokrywa zachodzi z tyłu za laptop - tak jak w macbookach.

4. Wyposażenie. Laptop ma 3 wejścia USB sensownie(!) rozmieszczone. Kamera z działającym dobrze mikrofonem, przyzwoite głośniki. WIFI, Bluetooth. Czytnik kart to błogosławienstwo jezeli przegrywasz dużo zdjęć z aparatu. Jest wyjście na monitor. Karta graficzna daje rade z 1600×1200.

5. Pokrowiec. Dość solidny (imitacja skóry) i funkcjonalny. Ma w środku dodatkową kieszonkę, w którą da się wrzucić jakieś kartki. Można podłożyć go pod laptopa gdy siedzimy po turecku, można podłożyć pod tył laptopa siedząc przy stole. Można podłożyć pod własny tyłek gdy siedzimy na betonie :)

6. Cena. 1250 PLN brutto za nowy pełnowartościowy mini-laptop uważam za okazję. A pewnie będą tanieć.

WADY:

1. Szybkość, a raczej jej kompletny brak :) Poprzednio pracowałem na 5-letnim Thinkpadzie z 512 mega ramu i prockiem Centrino 1,6. Nowej generacji Intel Atom działa mniej więcej tak samo, a może nawet troche wolniej, pomimo że ramu mam 1,5 GB.

Możecie zapomnieć o 2 oknach Gmaila otwartych jednocześnie. W Gmailu czasem zdarzają się nawet opoznienia w wyswietlaniu tego co wpisuje na klawiaturze. Przycinanie się menu z zakładkami w Firefoxie jest na porządku dziennym. Zmniejszanie zdjęcia trwa dobrych kilka sekund. Lepszej jakości filmy online (typu Youtube) potrafią się zacinać. Ale przy odrobinie cierpliwości da się żyć.

BTW - laptopa zakupilem z domyslnie zainstalowanym SUSE Linux. To jakaś kompletna pomyłka. Wybajerzony SUSE Linux kompletnie nie działał na tym sprzęcie, można się było załamać. Na szczęście Windows XP działa przyzwoicie (ustawienia maksymalnej wydajności, bez bajerów).

2. Bateria. Realnie max 2 godziny pracy. Bezstresowej pracy 1h:40m. Ponoć już się pojawiły wersje z wiekszą baterią. Bardziej pojemne baterie są cięższe i troche wystają, ale to powinno pomóc w innej kwestii…

3. Laptop jest źle wyważony. Zbyt ciężki ekran sprawia, że przy lekkim popchnięciu lub pochyleniu laptop częściowo traci kontakt z podłożem i przechyla się do tyłu :) Na szczęście nie przewraca się kompletnie, ale efekt jest śmieszny i nieco irytujący. Wystająca i cięższa bateria powinna chyba pomóc.

4. Zwyczajny dysk 2,5 cala. SSD działałby na pewno szybciej, nie grzał się i dane byłyby bezpieczniejsze. Rozmiar 80GB może być pociągający, ale wolałbym mieć mniejszy dysk SSD a nadmiarowe dane trzymać na kartach MMC.

5. Wykonanie. Laptok jest ładny, ale tak naprawdę to plastikowa zabawka. Górna obudowa momentalnie się rysuje. Po tygodniu użytkowania wytarły mi się oznaczenia kontrolek pod prawą ręką :) Literki na klawiszach póki co trzymają się mocno. Dolna obudowa wygląda bardzo delikatnie.  Laptop raczej nie nadaje się do noszenia bez pokrowca.

Ogólnie mam wrażenie, że żywotność tego sprzętu to jakieś 2 lata, może 3 lata jeżeli się go trzyma w domu. I potem trzeba będzie wyrzucić bo za 3 lata takie powolne laptopy nie będą mialy racji bytu.

6. Dość toporny kabel do zasilacza. O ile zasilacz jest mały i zgrabny, to kabel zasilający jest gruby, twardy i ciężko się zwija. Na szczęście wtyczka taka sama jak w IBMie, więc zrobiłem podmiankę :)

PODSUMOWUJĄC:

Polecam, ale na pewno nie jako główny komputer. MSI wind to gadżet-zabawka. Myślę, że można porównać go do samochodu marki Smart. Fajnie wygląda, wszędzie się zmieści, właściwie wszystko ma.. ale jechać takim na drugi koniec Polski, to już niekoniecznie. MSI Wind swietnie sprawdzi się w pociągu czy na konferencji, ale do normalnej, komfortowej pracy to niestety za mało.

Natomiast w realiach podróży dookoła świata taki komputerek sprawdza się idealnie. Oczywiście mógłby mieć lepsze parametry - np. Intel Core 2 Duo, 10 godzin na baterii i matrycę 11 cali. Tylko wtedy nazywałby się Sony Vaio i kosztował o jedno zero więcej :)

Życie w Ashramie - cz.2

Środa, październik 15th, 2008

Jak być może pamiętamy z historii, socjalizm w swoich pierwotnych założeniach nie był wcale taki zły :) Wedle XIX-wiecznych teoretyków ludzie powinni być najszczęśliwsi żyjąc w zorganizowanych społecznościach (komunach), gdzie każdy pracuje na miarę własnych umiejętności. Wspólna praca daje radość, a wyprodukowane dobra dzielone są sprawiedliwie, czyli wedle potrzeb. Członkowie społeczności pracują dla kolektywnego dobra - bez egoizmu, przymusu i wyzysku.

Utopia?
Niemal dokładnie tak żyje się w Ashramie.

Ludzie pracują tutaj za dach nad głową i pożywienie. Każdy stara się być przydatny, a wyrugowanie egoizmu to podstawowy cel (medytacja ma prowadzić m.in do zaniku ego). Nikt nie skupia się na dobrach materialnych, bo wszyscy dążą do oświecenia - lub przynajmniej osiągnięcia wyższego stopnia rozwoju duchowego.

Otwarty i przyjazny klimat Ashramu tworzą ludzie, którzy są tutaj na stałe. A jedynym sposobem aby zostać w Ashramie na stałe i zintegrować się - jest SEVA, czyli darmowa praca na rzecz społeczności. Wolontariat daje radość i poczucie spełnienia - i w ten oto sposób nakręca się pozytywna spirala.

Ludzie naprawdę dają tutaj 100% i świetnie się przy tym bawią. Zdrowe jedzenie, przyjazne warunki życiowe, bezpieczeństwo, praca przynosząca satysfakcję, pozytywnie nakręcone towarzystwo i poczucie, że robi się coś dobrego dla świata. Czego więcej potrzeba do normalnego, szczęśliwego życia?

W Ashramie zanika potrzeba bycia odrębnym, lepszym niż inni. Po prostu “jest się”.

Jai Gurudev!

People doing SEVA - serving meals at the dining hall. From Round The World - India

P.S.: A wracając na ziemię.. Kolektywizm i altruizm OK, ale niech nam to nie przeszkadza w robieniu biznesu na turystach :) Ashram to świetnie prosperujące przedsiębiorstwo. Dobre zarządzanie, zmotywowana załoga, hinduskie koszty pracy i… europejskie ceny. Ale produkt jest tak dobry, że klienci walą drzwiami i oknami.

P.S.2: “Jai Gurudev” to powszechne powitanie/pożegnanie/pozdrowienie. Można je przetłumaczyć jako “szczęść Boże”.

Życie w Ashramie - cz.1

Piątek, październik 10th, 2008

Ashram fundacji Art of Living to międzynarodowa enklawa. 20 kilometrów od miasta, zieleń po horyzont, dookoła rdzenni Hindusi wypasający kozy, a wewnątrz świetnie zorganizowane, kilkutysięczne miasteczko pełne turystów z całego świata. Obowiązującym powitaniem dla przyjezdnych jest hasło “Welcome Home”.

Ashram pełni inną rolę dla odwiedzających, którzy wakacjują tutaj przez 2-3 tygodnie, a inną dla ludzi którzy zdecydowali się zamieszkać i żyć w campusie.

Dla przyjezdnych ashram to nic innego jak duchowe sanatorium. Ludzie ściągają tutaj aby oderwać się od codziennego zgiełku, poprawić stan ducha i podreperować zdrowie fizyczne.

Kuracja jest wszechstronna. Do wyboru są:

- przeróżne kursy. Nie tylko medytacji, ale również tańca, śpiewania starożytnych mantr, udzielania błogosławieństw lub poprawiania komunikacji z własnymi dziećmi.

- joga i praktyki oddechowe na dobry początek dnia (prowadzone zajęcia codziennie o 6 rano).

- kilka kilometrów kwadratowych zieleni, wzruszającej pięknem natury i miejsc tak cichych, że można wreszcie usłyszeć własne myśli

- Zdrowe wegetariańskie jedzenie 3 razy dziennie, a między posiłkami świeżo wyciskane soki lub jogurty w cenie 50gr za szklankę :)

- holistyczna medycyna Ayurvedyjska, czyli kilkudniowa seria masaży z olejami, saunami parowymi, lewatywami i wszelakimi innymi bajerami + dwie tony ziołowych tabletek dla tych, którzy nie wierzą w koncerny farmaceutyczne.

- Vishalakshi Mantap czyli świątynia/sala medytacyjna na środku Ashramu. Otwarta przez większość doby, Można pomedytować, pomodlić się, albo poćwiczyć asany

- Guruji. Między podróżami po różnych krajach świata Brodaty Guru przebywa w Ashramie, co wprawia całe otoczenie w magiczny stan ekstazy duchowej. Ludzie mocno zaangażowani w Art of Living (a głównie tacy tu przebywają) reagują na swojego przewodnika mniej więcej tak, jak Polacy na Jana Pawła II. Przy czym Gurujiemu - jako osobie oświeconej - przypisuje się więcej możliwości niż papieżowi. Guru to papież, uzdrowiciel, szaman i matka w jednej osobie.

- Satsangi, czyli imprezka z muzyką na żywo, śpiewami, a czasem również potańcówka :) Na Satsangach śpiewa się Bajhany, czyli starożytne hinduskie pieśni typu Ganesha Sharanam. Niektóre są naprawdę bardzo ładne i melodyjne.

Podsumowując: Ashram to miejsce ładowania akumulatorów. Po dwóch tygodniach ludzie wyjeżdzają stąd pełni nowej energii, uśmiechnięci, ponownie wierzący w ideały i zaopatrzeni w zdrowy dystans do rzeczywistości.

Niektórzy jednak nie wyjeżdżają, lecz decydują się pozostać w tym miejscu na czas nieokreślony. I to oni sprawiają, że Ashram jest przykładem perfekcyjnego wdrożenia idei utopijnego socjalizmu. Ale o tym w następnym odcinku :)

From Round The World - India

P.S. Więcej fotek na http://picasaweb.google.pl/plowiec/

Bangalore International Ashram

Piątek, październik 3rd, 2008

Na dobry początek zadokowałem się w Ashramie fundacji Art Of Living (na zdjeciu recepcja z portretem Brodatego Guru).  Jest fantastyczna pogoda, dają pyszne jedzenie, owoce są cudownie słodkie, prawie wszystko 5-10 razy tańsze niż w Europie. Ludzie są uśmiechnięci, nieznajomi wymieniają pozdrowienia a ładne dziewczyny bez przeszkód dają się przytulać. No i mam bezprzewodowy internet.

Pokoje pięcioosobowe. Dziewczynki i chłopcy osobno. My mieszkamy w 4 osoby, ponieważ Daniel - zaopatrzywszy sie w moskitierę - przeniosł się z łóżkiem na dach, uciekając tym samym od chrapiącego Afrykanina i Mongoła. Po łazienkach buszują małe jaszczurki, a na zewnątrz ważki wielkości helikoptera. Pobudka o 5:30. Ciepła woda od 4:30 do 6:00 AM. Od szóstej rano mamy półtorej godziny  jogi, praktyk oddechowych i medytacji.

Potem przez caly dzień kurs i medytacje przeplatane posiłkami. Internationals jedzą łyżkami przy stołach, lokalni na podłodze przy pomocy palców. Wieczorem Satsang, czyli imprezka przy hinduskich rytmach. Zakaz jedzenia mięsa, palenia tytoniu i spożywania alkoholu.

To be continued…