|
Mam do sprzedania unikatowy egzemplarz laptoka MSI Wind U100.

Jego wyjątkowość polega na tym, że ma prawie dwa lata.. i JESZCZE DZIAŁA! To
wręcz niesamowite, bo obstawiałem, że ta zabawka - która zasługuje co
najwyżej na miano KALKULATORA - rozleci się najdalej po roku.
Nic z tego. Laptop - pomimo zaawansowanego i ciągle postępującego rozkładu -
wykazuje się zadziwiającą wolą życia i najwidoczniej nie zamierza poddać się
eutanazji. Bądźmy jednak szczerzy - jego dni są już policzone i wolę
zawczasu pozbyć się problemu. Niech lepiej dokończy swój żywot u kogoś, kto
ma bliżej do kontenera z napisem PLASTIK (bo w moim niewielkim mieście nie
sortuje się jeszcze śmieci).
Unikatowość laptopa polega również na tym, że w okresie od września 2008 do
lipca 2009 odbył ze mną podróż dookoła świata,
zwiedzając Indie, Singapur, Indonezję, Australię, Nową Zelandię, Fidżi,
Hawaje i Kalifornię.

Służył
mi jako narzędzie pracy i rozrywki - w obydwu rolach spisując się
znakomicie. No... prawie znakomicie - bo na Hawajach przez kilka dni nie
chciał się uruchamiać - najwidoczniej nie spodobał mu się tamtejszy wilgotny
klimat.
Ale przejdźmy do konkretów.
Lista wad i usterek:
1. Nie działa wiatraczek chłodzący - tzw. "cooler". W związku z tym laptop
sie cholernie grzeje, po paru godzinach pracy osiągając temperatury rzędu 70
stopni Celsjusza. Nie przesadzam wcale, można poparzyć sobie palce od
touchpada (wdzięcznie zwanego po polsku gładzikiem) - zalecam zatem używanie
myszy. Brak wiatraka ma też swoje zalety - przynajmniej jest cicho. Zanim
padł to niemiłosiernie rzęził, wprawiając całe biurko w rezonans.
2. Złamał się jeden zawias od ekranu, w związku z czym ekran zaczął opadać
"na pysk" - czy raczej na blat. Udało mi się to naprawić poprzez rozkręcenie
laptopa i zalanie zawiasu Poxiliną. Trzyma od 2 miesięcy, więc rozwiązanie
można uznać za względnie stabilne. Ekran otwiera się i zamyka, oraz
utrzymuje przyzwoitą pozycję - jak oczywiście się laptopem za bardzo nie
trzęsie. Da się pracować.
3. Kable zasilające. To prawdziwa porażka. Najpierw w Indiach spalił mi się
na oczach fragment kabla prowadzący od gniazdka do zasilacza. Okej, zwalmy
to na nieprzewidywalny hinduski prąd. Kabel wymieniłem. Potem zaczęła
szwankować końcówka, którą wtyka się do laptopa. Wiecie jak to jest z
wtyczkami - czasem przestają "stykać" i najpierw wystarczy troche poruszyć,
zeby dzialalo. Potem jest coraz gorzej, coraz trudniej - a w końcu kaplica.
W Nowej Zelandii chcieli 40 dolarów za naprawę lub 100 dolarów za nowy
zasilacz. Akurat. Skończyło się na rozmontowaniu wtyczki, połączeniu
kabelków na nowo i zaklejeniu całości Poxiliną. Vivat Poxilina! W
analogiczny sposób naprawiłem też drugi koniec kabla i byłem z siebie bardzo
dumny.
4. Laptop jest pęknięty przy przycisku zasilającym. Poza tym obudowa troche
odstaje, no bo ten zawias zaklejałem Poxiliną i nie udało się tak idealnie
zaklajstrować. Nie ma też jednej zaślepki z tyłu i jednej gumki od spodu;
oba braki wypełnione - you guessed it folks - Poxiliną firmy Poxipol.
(tak w ogóle to bardzo wszystkim polecam Poxilinę - jest niezmiernie
przydatna w codziennych zmaganiach z życiem)
5. Pokrywa laptopa jest kompletnie poharatana (przez samo H sie pisze,
sprawdzałem), ale te najgorsze rysy są na szczęście przykryte naklejką. Po
otwarciu komputera ujrzeć można designerskie zdobienia wykonane różowym
pisakiem wodoodpornym. Na froncie natomiast znajdziemy - desperacko wyryty
nożykiem do kopert - napis "BACK TO BALI", będący kwintesencją mej tęsknoty
za idyllicznym światem indonezyjskich wysp.

Wszystko inne działa:
-> dysk bez bad blocków,
-> matryca 100% sprawna,
-> poprawnie chodzą wszystkie porty,
-> bez problemów funkcjonują Wi-Fi, Bluetooth, czytnik kart, kamerka,
mikrofon i głośniki,
-> bateria trzyma nawet PÓŁTOREJ godziny!! (co starcza w zupełności na
przejazd pociągiem osobowym na trasie do 60 kilometrów).
Moze zatem nie popadajmy w tragiczny ton? :) Nie moze być tak źle, skoro
jeszcze 2 tygodnie temu chodziłem z tym kompem na spotkania z Klientami,
kontestując w ten sposób utarty i społecznie wymuszony wizerunek "poważnego
byznesmena". Tak to sobie przynajmniej tłumaczyłem - nie wiem co myśleli
kontrahenci.
Podsumowując:
- nie mam pojęcia komu się może przydać sprzęt w tak opłakanym stanie, ale
liczę na kolekcjonerów, domorosłych mechaników i firmy recyklingowe.
- Laptop nie był szanowany. Przeciwnie - odbył u mnie ciężką służbę: był
szargany przez 16 godzin na dobę, przewożony bez pokrowca,
pożyczany ludziom
różnych nacji i wielokrotnie rozmontowywany.
- Jeżeli nie masz co robić, to możesz
przeczytać moją recezję z czasów, gdy
netbook był jeszcze nowy i fajowy. Teraz już taki nie jest.

Życzę udanej licytacji.
Pamiętaj - nie kupujesz tylko rozlecianego laptoka. Kupujesz kawałek
historii! :)
P.S. UWAGA! Dla zwycięzcy aukcji gratis 6-miesięczna reklama
na moim blogu +
pocztówka z Bali, jak tylko się tam na nowo przedostanę (jeszcze w tym
roku). |