Finito: Ameryka Południowa 2013

marzec 20th, 2014

na niebiesko: pierwsza część podróży (7.01- 15.03 2013)
na czerwono: druga część podróży (15.10 - 24.12.2013)
na fioletowo: fragmenty przebyte innymi sposobami, niż motocykl
kliknij, aby otworzyć dokładną mapę w nowym oknie

Trochę statystyk

  • Trasa ogółem: około 21 000 kilometrów (139 dni)
  • Trasa przebyta na motocyklu: 19 089 km (90 dni w drodze)
  • Krajów, do których chcę wrócić: 4 (Ekwador, Peru, Brazylia, Kolumbia)
  • Nowych języków, w których potrafię udawać, że coś rozumiem: 2 (wolę udawanie po portugalsku)
  • Motocykl: chiński, nowy, 200 cc
  • Maksymalna prędkość: 115 km/h (śmierć w oczach od 110)
  • Spalanie: 4 litry / 100 km
  • Maksymalny dystans przejechany w jeden dzień: 430 km
  • Średnia prędkość, wliczając przerwy na odpoczynek: 50 km/h
  • Tropikalnych deszczy, które przemoczyły mi buty, slipki oraz szybkę w kasku: około 15
  • Rozjechanych włochatych pająków: 7
  • Atrakcji turystycznych ominiętych z premedytacją: 3 (Machu Picchu, Iguaçu Falls, Gujańskie Centrum Kosmiczne)
  • Odnalezionych bratnich dusz: 2 (Max z Ekwadoru oraz David z Budapesztu)
  • Wywrotek: zero
  • Przebitych opon: zero
  • Schudniętych kilogramów: zero (co jest nie lada sukcesem, bo w Brazylii na śniadanie było ciasto)
  • Propozycji małżeństwa, kupna ziemi i osiedlenia się: zero (nie to, co na Fidżi)
Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Dżungla, granica i francuskie ZOO

grudzień 15th, 2013

Dżungla

Mało uczęszczana droga z Calcoene do brazylijskiej granicy w Oiapoque (BR-156) ma długość 220 kilometrów. Równo połowa tej trasy to bardzo dobrej jakości asfalt, a pozostała część to gliniasta droga przez dżunglę. Miałem dużo szczęścia, gdyż pomimo rozpoczętej już formalnie pory deszczowej, w nocy padało tylko odrobinę. Jednak jazda po nawet odrobinę wilgotnej glinie jest nie lada wyzwaniem, gdy ma się do dyspozycji wyłącznie dwa koła odziane w “szosowe” opony.

From South America 2013
From South America 2013

Nabrałem już trochę praktyki i mogę stwierdzić, że zarówno po mokrej glinie, jak i po innych śliskich nawierzchniach da się jechać motocyklem w miarę szybko jeżeli zastosujemy technikę “jazdy na krechę”. Kto jeździ na nartach ten wie, że gdy się jedzie prosto, a na torze jazdy nie ma nierówności, to stosunkowo łatwo jest utrzymać równowagę. I jeżeli tylko na końcu mamy gdzie zahamować, to niebezpieczeństwo jest pod kontrolą. Problem z drogą BR-156 był taki, że jej gliniana część była usiana dziurami niczym Maasdamer, a stojąca w dziurach woda uniemożliwiała ocenę głębokości wybojów.

W takich okolicznościach nie ma przebacz - trzeba jechać powoli; co najwyżej 20 km/h, zeby w przypadku utraty przyczepności dać radę się zatrzymać podpierając nogami. Jednocześnie trzeba utrzymywać dosyć wysoki bieg - w moim przypadku czwórkę - gdyż inaczej tylne koło za bardzo wyrywa i się ślizga. O używaniu hamulców można właściwie zapomnieć, bo najmniejsze szarpnięcie sprawia, że traci się trajektorię. Pod górkę można nieco przyspieszyć, bo w razie kłopotów motocykl sam wytraci prędkość.

W ten oto sposób, po 4 godzinach, przejechawszy 110 kilometrów po ślizgawce, dotarłem wreszcie do końca Brazylii! W tym czasie w motocyklu odkręciły się tylko dwie śrubki, lecz na szczęście nic nie odpadło, a ja nie zaliczyłem żadnej wywrotki.

From South America 2013

Granica

Granica brazylijsko-gujańska, a dokładniej rzecz ujmując: brazylijsko-francuska, biegnie wzdłuż rzeki. Ponad rzeką ze zdziwieniem ujrzałem piękny, błyszczący nowością most, prawie jak Świętokrzyski. Serce aż podskoczyło, lecz moja radość nie trwała długo. Okazało się bowiem, że choć most ów ukończono dwa i pół roku temu, to aby dochować zasady, że w Ameryce Południowej wszystko dzieje się w odpowiednim tempie, do dziś nie oddano go do użytku.

Pozostała mi zatem przeprawa łódką. Dowiedziałem się, że mogę albo zapłacić 200 Euro i wynająć cały prom, albo poczekać do następnego dnia i rano popłynąć promem razem z innymi - i wtedy kosztuje to tylko 20 Euro. Mogę też za 25 Euro wynająć małą łodkę pasażerską, gdyż mój motocykl powinien się na nią zmieścić. Ponieważ po ponad 5 tygodniach spędzonych w Brazylii już bardzo chciałem znaleźć się w tak przyjaźnie i swojsko brzmiącej Unii Europejskiej, zdecydowałem się na opcję ostatnią.

Sprawy potoczyły się prędko. Po jakichś śliskich deskach kazali mi zjechać na plażę, dwóch gości podjechało motorowym kajakiem, zapakowało mój ważący 120 kilo motocykl na dziób, mnie kazali usiąść na motocyklu, żebym trzymał równowagę, po czym z zawrotną prędkością przewieźli mnie 5 kilometrów wzdłuż rzeki, gdyż w takiej odległości znajdowała się najbliższa europejska osada. Nogi trzęsły mi się ze strachu jeszcze przez 10 minut po zejściu na ląd :)

From South America 2013
From South America 2013

Gdy już nieco ochłonąłem i ustaliłem, że do zachodu słońca mam jeszcze ponad godzinę, postanowiłem rozejrzeć się trochę po okolicy. Jestem w końcu w nie byle jakim miejscu - ha! - Gujana Francuska! Cóż brzmi bardziej egzotycznie i ekskluzywnie? Na pewno już za moment, za najbliższym rogiem ujrzę resort z basenem, sauną i masażami. Hmm, taak, masaże doskonale rozładują stresy spowodowane jazdą po dziurach. I do tego jakieś przyzwoite francuskie wino do kolacji. No tak, kolacja.. Ciekawe, czy uda mi sie znaleźć jakieś dobre sushi?

Pierwszym co ujrzałem po wyjechaniu za winkiel była grupa wysokich i napakowanych Murzynów. Czarnoskórzy obywatele Francji, dużo więksi i groźniej wyglądający od Brazylijczyków, skupiali się wokół niewielkiej drewnianej chaty i przy głośnej muzyce disco pilnie pracowali nad powiększaniem swojej masy mięśniowej. Przerobiona na siłownię chata była zbyt mała by pomieścić zarówno przyrządy do ćwiczeń, jak i Murzynów, dlatego też część ławeczek i hantli była wystawiona na trawnik przy ulicy. Muzyka się niosła, pot skapywał na ziemię, naprężone mięśnie błyszczały w słońcu, a nieliczni przechodnie mogli podziwiać zmagania osiłków z siłą grawitacji.

Przejechałem kolejne 100 metrów i natknąłem się na coś w rodzaju rynku, z jedną czynną restauracją. Od centralnego placyku odchodziło kilka uliczek wypełnionych zaparkowanymi Citroenami i Peugeotami, na prawo była szkoła, dwa urzędy z flagą UE, a trzysta metrów dalej - cmentarz. I droga wylotowa na północ. Zgasiłem motocykl, z niedowierzaniem rozejrzałem się wokół i skonstatowałem, że jestem na jakimś wiejskim zadupiu!

Jedyny czynny hotel, w cenie 55 Euro za dobę (bez śniadania), znajdował się - a jakże! - naprzeciw wiejskiej siłowni. Jedyna czynna restauracja serwowała wino - do wyboru wedle gustu - chilijskie lub argentyńskie. Za to mieli francuskie bagietki. Zamówiłem wegetariańską kanapkę za 4 Euro, i ta na pierwszy rzut oka prezentowała się całkiem okazale. Już się ucieszyłem, że zatopię zęby w smakowicie wyglądającym grubym plastrze francuskiego sera, gdy ten okazał się być… pokrojonym kartoflem! Zapiłem kartoflaną bagietkę coca-colą i czym prędzej poszedłem spać - z myślą, że już następnego dnia się stąd wydostanę i dojadę do stolicy, czyli Cayenne. A Cayenne przecież brzmi nie byle jak!

Cayenne i cała reszta

Sądzę, że najlepszym podsumowaniem zarówno stolicy, jak i całej Gujany Francuskiej będzie stwierdzenie, że choć spędziłem tam trzy doby, to nie przyszło mi do głowy, żeby zrobić jakieś zdjęcie. Prawdę mówiąc, to w ciągu tych 72 godzin w ogóle nic mi nie przychodziło do głowy, gdyż każdy najmniejszy rzut oka na cennik hoteli lub kartę dań wprawiał mnie w przeciągły stupor. Z rezygnacją przyglądałem się jak wypłacone z bankomatu 500 Euro paruje szybciej niż deszcz na rozgrzanym asfalcie. Nocami modliłem się do Buddy, Jezusa oraz Dartha Vadera, by konsulat Surinamu jak najprędzej wydał mi wizę, cobym mógł się z terenu kochanej Unii jakoś wydostać. {Darth Vader jest kumplem surinamskiego prezydenta, co najwidoczniej pomogło}

Gujana Francuska, proszę Państwa, to jest kompletna lipa. I to nie z powodu wysokich cen, pal licho koszty; tam po prostu nie ma czego szukać. Ani to Francja, ani Ameryka. Nie ma czego zwiedzać, nie ma gdzie się bawić, ani z kim pogadać - bo przecież Francuzi uporczywie nie mówią po angielsku. Nieliczni turyści wydają się równie zagubieni jak lokalni mieszkańcy. Na ich twarzach maluje się wyraz zdziwienia i zdystansowanej zadumy. Tak jakby obudzili się nagle i znaleźli w innym, równoległym Matrixie. Przecierają oczy, niby wszystko wygląda podobnie, niby wszystko w porządku - a jednak trudno się pozbyć uczucia, że rzeczywistość jest sztuczna i coś wisi w powietrzu.

Ten dziwny skrawek terenu jest jak ogród zoologiczny. Ogród ten nie ma co prawda zbyt wielu odwiedzających, ale żyje w nim aż 240 tysięcy przedstawicieli gatunku homo sapiens, których trzeba nakarmić, żeby nie uciekli. I Francja będzie to robić jeszcze przez długi czas, bo jak się wybudowało blisko równika kosmodrom, to teraz trzeba o niego dbać.

**

P.S. A oto jedyne zdjęcie, które zrobiłem w Gujanie Francuskiej. Ten wesoły gość, to przypadkiem napotkany Brytyjczyk, który jedzie na rowerze aż z Kanady. Jest już dwa i pół roku w trasie. Jego strona to OneBikeOneWorld.com.

From South America 2013
Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Moto-nomadzi i krewetkowi piraci

grudzień 6th, 2013

Zbliżywszy się do północnych rubieży brazylijskiego imperium musiałem podrapać się w głowę i zacząć co nieco planować.

Dotychczas jechałem po prostu przed siebie, z dnia na dzień sprawdzając pogodę i ustalając jakież to miasto w promieniu 300 km odpowiada moim potrzebom. A potrzeby były proste: jechać na północ (najchętniej po asfalcie), nie zmoknąć, przenocować pod dachem i ewentualnie odwiedzić jakiegoś mechanika.

Rutyna dobiegła kresu gdy na horyzoncie pojawiła się Duża Rzeka; a będąc bardziej szczegółowym - ujście Dużej Rzeki do Oceanu Atlantyckiego. Delta Amazonki, bo o niej mowa, jest w rzeczywistości ogromną gmatwaniną dziesiątek rzek, odnóg i naturalnych kanałów przecinających gęsto porośniętą, podmokłą dżunglę. Teren ów jest dość rozległy. Załączam dla porównania Polskę w tej samej skali.

From South America 2013

Aby przeprawić się na drugą stronę razem z motocyklem, nie ma innego wyjścia niż zapakowanie się na prom płynący z Belem do Macapa poprzez widoczną na mapce sieć kanałów (z których najmniejsze mają szerokość warszawskiej Wisły). Podróż zajmuje 26 godzin plus 8 godzin czekania, czyli w sumie prawie dwa dni. Myślałem, że będzie nudno i nawet przygotowałem parę audiobooków do słuchania, ale o dziwo czas zleciał całkiem przyjemnie i ciekawie.

Jeszcze w porcie, w przeciągającym się oczekiwaniu na załadunek, poznałem Bocao oraz Vavę, dwóch rasowych motocyklistów na równie rasowych maszynach.

From South America 2013

Bocao i Vava na co dzień są przedsiębiorcami, lecz hobbystycznie raz na czas ruszają w teren, aby wyszaleć się na motocyklach. Jeżdzą off-roadowo od piętnastu lat, a ich jazda wygląda następująco:



Powyższe wideo jest zajawką całego filmu dokumentalnego z ich wyprawy. Pełnometrażowe i profesjonalnie zmontowane filmy Vava sprzedaje na swojej stronie internetowej oNomade.net, dzięki czemu ich hobby zwraca się z nawiązką. Właśnie nagrywają trzeci film; tym razem postanowili udokumentować wszystkie brazylijskie plaże.

Spędziliśmy sporo czasu na pogaduchach w języku anglo-migowo-portugalskim :) Bocao i Vava kręcili głowami, patrząc na poły z przerażeniem, a na poły z politowaniem, gdy im opowiadałem, że na mojej chińskiej motorynce objeżdzam kontynent. I że uprzednio nie miałem właściwie żadnego doświadczenia w prowadzeniu motocykla. Ja również kręciłem głową - tyle że z podziwu i zazdrości - gdy prezentowali mi fragmenty innych nakręconych przez nich materiałów. Już wiem, jak będzie wyglądać moja kolejna wyprawa :)

Prom miał planowo wypłynąć w południe… i już o 17:00 odbiliśmy od brzegu! Tranquilo.

Statek wyglądał porządnie, choć był dość prymitywny. Po prostu wielka stalowa barka składająca się z trzech pokładów. Na pierwszym pokładzie ładownia, gdzie zaparkowałem mój motor - razem z trzema innymi motocyklami, dwoma samochodami osobowymi oraz toną jagód açaí, które przeładowano z innego statku w środku nocy.

From South America 2013

Pokład drugi był przeznaczony dla pasażerów. Na miejsca do spania składało się jakies osiemdziesiąt kolorowych hamaków oraz osiem bardzo ascetycznych (choć klimatyzowanych) mini-kajut dwuosobowych.

From South America 2013

Trzeci pokład to częściowo tylko zadaszony bar z muzyką i piwem. Piwo było tanie - i w efekcie lało się strumieniami. Mój kajutowy współlokator, całkiem przyjazny autochton z Macapy, pił już od godziny 17:00, podobnie jak większa część mężczyzn na statku. Nikt jednak po pijaku za burtę nie wypadł, co zapewne należy przypisać temperaturze 35 stopni Celsjusza, powodującej rychłe parowanie przyjmowanych płynów. Około północy wszyscy byli już na tyle zmęczeni tym parowaniem, że udali się na zasłużony spoczynek.



W niedzielę około ósmej rano na statku zapanowało gorączkowe poruszenie. Kapitan przeciągle zatrąbił syreną, a ludzie zaczęli jeden przez drugiego wyglądać za barierki, spoglądając ze zdziwieniem i niedowierzaniem. Po chwili i ja mogłem naocznie stwierdzić, że zostaliśmy napadnięci!

Niczym płynącego powolnie wieloryba otoczyło nas po bokach kilka zwinnych, niewielkich, podłużnych łodek. Większość z nich była napędzana silnikami, więc bez problemu mogły manewrować wokół nas, wybrawszy ostatecznie strategię ataku od rufy.

From South America 2013

Jedna z łódeczek miała jednak do dyspozycji wyłącznie wiosła - ta brawurowo niemalże przecięła naszą trajektorię, pakując się prosto pod dziób promu i równając bokiem w ostatniej chwili. Jeden z piratów przeskoczył na nasz pokład i zahaczył hak o barierkę, a jego kompan prując plecami po wodzie, zawiesił się na linie, aby ją naciągnąć i przycumować prawie już tonącą łódeczkę do burty promu. Prom nie zwolnił ani na moment.

From South America 2013

Ze sprawnie doczepionych kajaków jeszcze sprawniej wyskoczyła indiańska dzieciarnia w ilości kilkunastu sztuk - i poczęła biegać między pasażerami. Dzieciarnia, na oko w wieku od lat 5 do 15, była wyposażona w małe plecione koszyczki wypełnione… świeżymi krewetkami.

From South America 2013
From South America 2013
From South America 2013

Pasażerowie reagowali dość ochoczo i sprzedanie przywiezionych zapasów nie zajęło więcej niż dwadzieścia minut. Zadowoleni piraci odczepili swoje kajaki i odpłynęli.

Równie szczęśliwi nabywcy zajęli się natomiast odrywaniem małych krewetkowych główek z okrągłymi czarnymi oczkami i cienkimi, długimi czułkami. Naturalne, zdrowe, organiczne jedzenie w najczystszej postaci! :)

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Zapiski drogowe i warsztatowe

listopad 20th, 2013
From South America 2013

Minął miesiąc, przejechałem ponad 5000 kilometrów i ciągle jestem w Brazylii! Brazylia to piąty kraj na świecie pod wględem powierzchni, a Stany Zjednoczone są od niej większe wyłącznie dlatego, że dokupiły sobie Alaskę.

Drogi są przyzwoite - porównywalne do naszych polskich krajowych dróg szybkiego ruchu. Nawierzchnia z reguły dobra, czasem tylko połatana, kolein brak. Widać też, że ciągle budują nowe trasy. W odróżnieniu od ograniczających standardów stosowanych w Europie, tutaj można swobodnie jeździć szosami, które są w trakcie tworzenia. Po prostu jedzie się wolniej po piachu, kamieniach czy glinie i wymija ciężarówki, koparki oraz robotników :) Czasem asfalt kończy się bez wyraźnej przyczyny. Wtedy pozostaje mi wyobrażać sobie, że mam motocykl crossowy… i jadę dalej, omijając wyboje i zostawiając za sobą tumany rudego kurzu.

From South America 2013
From South America 2013

Motocykl tankuję Aditivadą, czyli benzyną z dodatkami - odpowiednik naszej 98. Jednocylindrowy silnik o pojemności 200cc na wzbogaconym paliwie pozwala jechać o 10km/h szybciej. Nie traci też mocy pod górkę. Benzyna jest nieco tańsza niż w Polsce - około 4,5 PLN za litr Aditivady i trochę poniżej 4 zł za zwyczajną. Można też tankować czysty alkohol (etanol z trzciny cukrowej) w cenie 3 zł za litr, ale do tego trzeba mieć ponoć odpowiednio przystosowany silnik. Mój na pewno nie jest przystosowany, poza tym lepiej nie ryzykować, bo i bez dodatkowych bodźców moja maszyna zaczyna się kończyć.

Najpierw odpadło mi lusterko. Tak po prostu, jechałem dziewięćdziesiąt na godzinę, a ono sobie wypadło i została tylko obudowa. Na szczęście sklep Moto Peças był nieopodal i czułem się jakbym podjechał do pit-stopu, bo dosłownie po 3 minutach miałem przykręcone dwa nowiutkie lusterka. Co prawda cena 15 zł za sztukę niechybnie wskazuje na ich chińskie pochodzenie, ale jeżeli wytrzymają choćby tyle co poprzednie, to wystarczy.

Dwa dni później przestały działać migacze z lewej strony. No ale nic to - póki da się jechać, to nie będę narzekał. Można przecież hinduskim sposobem sygnalizować skręt wyciągnięciem ręki. Zawitałem do mechanika, który naprawił usterkę.. ale już w następnym dniu okazało się, że przednie swiatło wesoło miga w rytm kierunkowskazów :)

Żarówka nie wytrzymała tego zbyt długo i przepaliła się - już po raz trzeci w ciągu ostatniego miesiąca. To jednak też nie jest krytyczny problem, bo Brazylia nie ma obowiązku jazdy na światłach w dzień. W nocy zresztą też nie - co wnioskuję z obserwacji ciężarówek po zmierzchu; ich kierowcy wychodzą z założenia, że karoseria dostatecznie dobrze odbija inne źródła światła. Ponieważ jednak nie chciałem testować twardości tych karoserii, musiałem zacząć tak planować codzienną podróż, aby na pewno zdążyć znaleźć hotel przed zachodem słońca.

Po kolejnym tysiącu kilometrów nie działało już kompletnie nic. Ani migacze, ani światła, ani wskaźniki paliwa i biegów, ani klakson, ani elektryczny rozrusznik. Po prostu padła niemal cała elektryka i jedynie malutka żarówka sarkastycznie podświetlająca tarczę prędkościomierza pozwalała ocenić, że nie jest to wina akumulatora.

From South America 2013

Na szczęście prostota konstrukcyjna, bazująca zapewne na sprawdzonych rozwiązaniach z lat 50-tych XX wieku, pozwala na używanie motocykla marki Sukida niezależnie od tego, czy jego obwody elektryczne działają, czy też nie. Po prostu trzeba ustawić się na wzniesieniu, wrzucić dwójkę, rozpędzić jednoślad do prędkości 25 km/h i puścić sprzęgło. Odpala niezawodnie! A potem już tylko trzeba pamiętać, żeby nie gasić silnika na płaskiej drodze.

W końcu jednak postanowiłem zrobić porządki z moim środkiem transportu, no bo ileż można jeździć po Ameryce Południowej bez klaksonu?! Naprawy zatrzymały mnie w miejscowości Balsas aż na 3 noce, co sprawia, że mam już tydzień spóźnienia względem pierwotnych założeń.

From South America 2013

Motocykl miał być gotowy na dziś na 10 rano. Do warsztatu przyszedłem przezornie przed jedenastą, aby usłyszeć, że potrzebują jeszcze 30 minut by połączyć parę kabli. Wróciłem w południe, tylko po to by odkryć, że moja maszyna jest niemal kompletnie rozkręcona! :) Tranquilo… taak “tranquilo” to moje ulubione słowo - przypomniałem sobie w porę i pośmiałem się razem z ekipą warsztatu. I już o 18:00 mogłem odebrać w pełni sprawny motor.

Oprócz działającej elektryki i zmienionego oleju, mam też nowe opony, nowy łańcuch oraz dwie nowe zębatki. I cały komplet nowych kabli, bo poprzednie się .. stopiły. Maszyna chodzi gładko i chyba nawet mniej się trzęsie. Aby uczcić ten fakt, upijam się właśnie caipirinhą! :) Ciekawe czy zawiera ten sam alkohol z trzciny cukrowej, który Brazylijczycy tankują do baku… Saúde!

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Rio

listopad 5th, 2013

Mogę chyba powiedzieć, że sporo już widziałem ładnych widoczków… ale nawet u mnie Rio potrafi spowodować opad szczęki.

IMG_1213.JPG

Ukształtowanie terenu zapiera dech w piersiach - niezależnie od tego, czy patrzy się z lotu ptaka czy z poziomu morza. Co chwila obok wieżowców wyrasta znikąd jakaś góra, plaża jest dosłownie po drugiej stronie ulicy, a w środku miasta - i to w wielu miejscach - można wejść do najprawdziwszej dżungli.

IMG_1179.JPG

Copacabana Beach

Fullscreen capture 1152013 12233 AM.jpg

Geolodzy potrafią pewnie lepiej wytłumaczyć, jak te formacje powstały - ja wyczytałem jedynie, że stało się to 65 milionów lat temu, gdy Afryka oddzielała się od Ameryki Południowej.

Dziś razem z ekipą z Couchsurfingu wybraliśmy się dziś na wycieczkę pod tytułem “Hike the Christ” - czyli wspinaczkę na górę Corcovado. Górka niby niewielka, bo raptem 700 metrów wysokości, lecz za to prawie pionowa! Było ciężko, jednak nikt nie skapitulował.

Hiking the Christ! Couchsurfing Team.

Hiking the Christ! Couchsurfing Team.

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Południowa Brazylia

październik 28th, 2013

Początkowe tysiąc kilometrów przejechałem zygzakiem, nie mogąc się zdecydować, czy chcę jechać na północny wschód, czy na północny zachód Brazylii. Na zachodzie jest Paragwaj, a na wschodzie - Rio de Janeiro. Ostatecznie uznałem, że Rio będzie ciekawsze, a ominięty Paragwaj pozostanie dobrym pretekstem, by kiedyś znów odwiedzić Amerykę Południową.

Fullscreen capture 1132013 30730 PM.jpg

Południowe stany Brazylii to niemiecka enklawa. Architektura miejscami przypomina południowe landy, a nazwy restauracji i hoteli mówią same za siebie: Alles Blau, Pousada Edelweiss, Hotel Berghaus. Trzy dni spędziłem w miejscowości Santa Cruz do Sul, gdzie odbywał się.. Oktoberfest.  Niestety lokalne piwo, jak by to powiedzieć… nie spełnia oczekiwań europejskiego podniebienia - więc raczyłem się importowanym Heinekenem.

Zrobiłem też względny porządek z motocyklem. Trzeba było coś przerobić z gaźnikiem, bo ponoć brazylijska benzyna jest inna i to przez to silnik się przyduszał. Po przeróbce motorynka jeździ szybciej niż przedtem - i przy dobrych wiatrach, czyli jak porządnie zawieje mi w plecy, mogę rozwinąć prędkość nawet 120 km/h. Unikam jednak tak szybkiej jazdy, bo już od 90km/h motocykl wpada w takie wibracje, że czuję się jakbym siedział na wirującej pralce :) Mam nadzieję, że ten chiński cud techniki przetrwa jeszcze 12 tysięcy kilometrów, bo tyle właśnie zostało mi do przejechania.

Na koniec wrzucam kilka fotek z wyspy Santa Catarina, której głównym miastem jest Florianopolis. Jest to zdecydowanie dobra miejscówka dla celów wypoczynkowych. Wyspa ma jakies 50 kilometrów długości i 20 km szerokości, a dookoła znajduje się ponad setka (!) plaż. Plaże czyste i szerokie, widoki bardzo ładne, brak tłumów, atmosfera wakacyjna - polecam!

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Z powrotem w Urugwaju

październik 18th, 2013

Po czterech lotach – przez Frankfurt, Recife i Rio de Janeiro – dotarłem do Porto Alegre. Póki leciałem Condorem, to w ramach “special vegetarian lacto ovo meal”, za dodatkowe 15 euro, karmili mnie posiłkami przeznaczonymi dla biznes klasy; nawet metalowe sztućce dali. Niestety ani polski LOT, ani brazylijski GOL nie były tak user-friendly.

W Porto Alegre zdecydowałem się nocować na lotnisku, bo gdy już się ogarnąłem i zjadłem Fishmaca, to było grubo po pierwszej w nocy. Lotniskowe fotele miały niestety te wredne przegródki (czyli podłokietniki), ale zrobiłem dość zuchwałe przemeblowanie, złączyłem sobie dwie ławeczki i przekimałem wygodnie 4 godziny, jak na backpackera przystało.

Rankiem przejechałem taksówką do centrum, gdzie zakupiłem bilet autobusowy do miejscowości o wdzięcznej nazwie Chuy, czyli granicy brazylijsko-urugwajskiej. Autobus ruszał dopiero o 13, co dawało mi 4 godziny wolnego. Spędziłem je bardzo przyjemnie jedząc śniadanie na dworcu (wśród uzbrojonych po zęby i dzierżących długą broń brazylijskich ochroniarzy), a potem leżąc na ławce przy placu zabaw w parku i gapiąc się w niebo (już bez ochroniarzy). Zastanawiałem się, co ja tu właściwie robię, ale nie doszedłem do żadnych konstruktywnych wniosków. Jest ciepło - i to wystarczy; nie ma sensu dorabiać większej filozofii. Na koniec ruszyłem na miasto aby kupić lokalną kartę sim, kufer do motocykla i rękawiczki.

Po ośmiu godzinach w autobusie Planalto, nocy w Chuyu i krótkim autostopie dnia kolejnego, dotarłem wreszcie do Punta del Diablo, gdzie w połowie marca zostawiłem mój motocykl. Zadokowałem się w tym samym domku przy aptece, w którym poprzednim razem spędziłem tydzień. To bardzo miłe, że był wolny.

Od razu poczułem się jak u siebie i pewnym krokiem podążyłem do Cero Stress, aby u Grubego Bernardo zamówić “pescado con arroz i vegetales”. Knajpa jest piekielnie droga, ale za to dostarcza zdecydowanie dobrych doznań kulinarnych. Bernardo, dowiedziawszy się, że jestem z Polski, zapuścił mi z głośników Maleńczuka oraz piosenki Kabaretu Starszych Panów. No i nie było wyjścia - trzeba było skusić się na deser.

Every good cook is my best friend! ;-) With Bernardo in Punta del Diablo, Uruguay

Odebrałem od policjanta Julio moją chińską motorynkę, którą Julio przechowywał przez 7 miesięcy w jednym ze swoich letniskowych domków. Akumulator się oczywiście rozładował, ale motorynka grzecznie odpaliła po 10 minutach popychów. Przykręciłem kufer, odespałem podróż – i jutro uderzam w trasę. Motocykl jeszcze się przydusza na obrotach, lecz mam nadzieję, że go rozjeżdzę.

Razem Julio, który przechował mój motocykl przez 7 miesięcy

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Trzy kraje dalej.

marzec 12th, 2013

Na liczniku mam 7500 kilometrów i po 43 dniach jazdy dotarłem do wybrzeża Urugwaju, prawie pod brazylijską granicę.


Pinezki - miejsca noclegow. Na czerwono - trasa przebyta motocyklem. Zobacz większą mapę.

Ale cofnijmy się o kilka państw…

Przy wschodniej granicy Chile, w miejscowości San Pedro de Atacama ponownie spotkałem Davida. Tak przy okazji, David to bardzo ciekawy człowiek. Ma żonę Kolumbijkę (z którą mieszka w Budapeszcie) i wspólnie zarabiają na życie organizując wycieczki i transport z lotniska dla zagranicznych turystów. W Europie zimą nie ma sezonu, więc David podróżuje motocyklem po Ameryce Południowej.

Korzystając z tego, że byliśmy na środku pustyni Atacama, czyli kompletnym odludziu, postanowiliśmy pojechać nocą 15 kilometrów wgłąb ciemnego pustkowia, aby pogapić się na - doskonale w tych warunkach widoczne - gwiazdy. Oczywiście taki wypad byłby dużo bardziej romantyczny w towarzystwie płci pięknej, ale żadnych chętnych dziewcząt nie było, więc zabraliśmy ze sobą tylko piwo. Gwiazdy za to spisały się celująco, nawet ze dwie spadły :)

Boliwię postanowiłem zwiedzić w formie zorganizowanej wycieczki, odstawiłem zatem jednoślad i wsiadłem do Land Cruisera. W samochodzie znalazłem się razem z trójką bardzo sympatycznych Czechów oraz boliwijskim kierowcą, który już po 30 kilometrach poczęstował nas wszystkich liśćmi koki. Żucie suszonej koki ponoć pomaga na chorobę wysokościową - mnie tam nie pomogły jednak ani liście, ani herbatka z liści, ani dwa ibupromy. Pierwszego dnia łeb mi pękał i czułem się jak na potwornym kacu, a moi czescy towarzysze nie mieli się ani odrobinę lepiej. Na szczęście wpadliśmy na pomysł, by wysokościowego kaca pokonać klinem, co pozwoliło nam spokojnie zasnąć, a następnego dnia czuliśmy się już zupełnie zdrowi.

Land Cruiserów było kilka - w tym dwa zaludnione przez płeć piękną. Czasem zmęczeni i niewyspani, ale ogólnie w doskonałych nastrojach, przez cztery dni sunęliśmy gromadą poprzez bezdroża boliwijskiego Altiplano - mijając lamy, flamingi, wulkany, różnokolorowe jeziora, gejzery i inne bajery, z których oczywiście najbardziej wyczekiwanym była solna pustynia Uyuni.

From South America 2013
From South America 2013
From South America 2013
From South America 2013

Pustynia ta - jak zresztą powinienem był podejrzewać, tylko w podnieceniu zapomniałem - okazała się picem na wodę, fotomontażem i nadmuchanym banałem. Co z tego, że jest największa na świecie, jak i tak wzrokiem za horyzont nie sięgniesz? Pustynie solne, jak się przekonałem post factum, to w Ameryce Południowej nic nadzwyczajnego. Mniejsze i większe solanki są zarówno w Chile jak i w Argentynie, więc akurat dla samej Uyuni nie warto jechać trzy dni przez wertepy na wysokości czterech tysięcy metrów. Rano pustynia wyglądała jak przystanek na stoku narciarskim - zimno i biało. Po południu było lepiej, bo przynajmniej mogliśmy zamoczyć stopy w ciepłej już wodzie pokrywającej większość terenu. Wtedy z kolei pustynia wyglądała jak płytkie jezioro, po którym da się chodzić i jeździć samochodem.

From South America 2013
From South America 2013
From South America 2013
From South America 2013
From South America 2013

Ogólnie jednak na wycieczkę warto było się wybrać, choćby po to, by w oderwaniu od cywilizacji i zasięgu GSM pogapić się na naturę i po prostu odetchnąć. Boliwia to kraj biedny, ale ludzie wyglądają na zupełnie zadowolonych i bardzo pogodnych - w odróżnieniu od czilijczyków, którzy wydali mi się dosyć zestresowani.

Niebawem po powrocie z wycieczki wsiadłem z powrotem na motocykl i przeprawiłem się przez Andy - z Chile do Argentyny. Silnik krztusił się i słabł, ale nie z powodu swego chińskiego pochodzenia, lecz z racji bycia zmuszanym do pracy 4 kilometry nad poziomem morza. Ponoć wszystkie pojazdy spalinowe dostają czkawki w tak wysokich górach; dla w miarę normalnej jazdy trzeba odpowiednio przesterować gaźnik, o czym rzecz jasna nie miałem bladego pojęcia.

Argentyna przywitała mnie paletą kolorów i zbiorem pięknych pejzaży. Po miesiącu jazdy przez żółtoszare pustkowia zdążyłem zapomnieć, że istnieją łąki, lasy i różne zapachy zieleni. Jednocześnie wszystko zaczęło wyglądać zwyczajniej, mniej abstrakcyjnie - i w wielu miejscach miałem poczucie, jakbym jechał przez Polskę. Lamy i osiołki szybko zanikły na rzecz krów i koni. Miasta i samochody zrobiły się zupełnie europejskie, ludzie w większości biali, a na stacjach benzynowych pojawiło się nawet espresso i darmowy internet. Jedynie egzotyczne ptactwo i rosnące gdzieniegdzie palmy przypominały mi, że jestem daleko od domu.

Problemem okazały się pieniądze. Z dziesiątek banków tylko jeden - Banco de Patagonia - chciał współpracować z moją kartą debetową Mastercard. To tylko połowa problemu. Druga połowa jest taka, że rząd argentyński mocno kombinuje z kursem swej waluty - i wypłacane z bankomatu pieniądze były dwa razy droższe, niż są faktycznie warte. Władze Argentyny chętnie kupują od wszystkich dolary po fałszywym kursie, a jednocześnie robią ogromne problemy jeżeli by się chciało te dolary odzyskać po wymyślonych przez nich stawkach. Jeżeli zatem ktoś z Was zamierza odwiedzać Argentynę, to polecam zabrać ze sobą dużo gotówki w twardej walucie i wymienić ją na czarnym rynku.

Na Argentynę poświęciłem tylko kilka dni. Postanowiłem ominąć Buenos Aires i skierowałem się prosto do Urugwaju. Tutaj nie działały już żadne bankomaty i Piotrek dwukrotnie musiał mnie ratować wysyłając pieniądze przez Western Union, ale to już inna historia..

Poza tą niedogodnością Urugwaj jest krajem bardzo ładnym, o przyjaznym klimacie, a jego atlantyckie wybrzeże okazało się wyjątkowo urokliwe. Panującą tu atmosferę można określić tylko jednym słowem: tranquilo. Niestety “tranquilo” nie ma trafnego tłumaczenia na żaden znany mi język. Oznacza jednocześnie: “niezmącony, beztroski, pokojowy i prosty”. Coś jak “spoookooojniee”, tylko zawierające więcej pozytywnej wibracji.

From South America 2013
From South America 2013
From South America 2013

W Urugwaju można poczuć się dosyć swojsko i komfortowo, wypocząć oraz podjeść świeżych ryb i owoców. Rzecz jasna, za ten niezmącony relaksik lokalny lud każe sobie odpowiednio dużo płacić. Uwzględniając prowizje Western Union, wychodzą mi stawki przynajmniej nadbałtyckie, a może nawet śródziemnomorskie. Mimo tego uważam, że warto - szczególnie jeżeli komuś chwilowo znudziła się południowo-wschodnia Azja.

Od kilku dni stacjonuję w miejscowości Punta del Diablo, 40 kilometrów od brazylijskiej granicy, na “północy południa” - jak stanowią napisy na sprzedawanych t-shirtach. Punta del Diablo to niewielka, nadmorska wioska, z umiarkowaną ilością turystów, ładną plażą i ogromnym wyborem domków na wynajem (tzw. cabanas). Osiedliłem się w jednym z nich i postanowiłem spokojnie doczekać do końca wyprawy.

A tak właściwie, to nie do końca…

From South America 2013

Zadecydowałem bowiem, że nie sprzedaję mojej chińskiej maszyny, która choć nie jest idealna, to sprawnie i bez większych buntów przewiozła mnie przez 7500 kilometrów. Zamierzam zaparkować motocykl w Urugwaju, a za jakiś czas wrócić do Ameryki Południowej i przejechać pozostałe kraje: Paragwaj, Brazylię, Suriname, dwie Gujany, Wenezuelę oraz Kolumbię. Bardzo mi się ta przygoda spodobała i mam ochotę na więcej. Muszę tylko podrasować mój hiszpański i nauczyć się choć trochę portugalskiego :)

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

4000 km i dalsze plany

luty 16th, 2013

Ostatnio świat przyspieszył, więc napiszę dziś tylko kilka słów na szybko.

Mam na liczniku 4200 km; 21 dni na trasie. Jestem już w Chile, ciągle na wybrzeżu, ale dziś odbijam w stronę gór. Z tego szybko rozwijającego się kraju zamierzam się w szybkim tempie wydostać, bo hotele zamiast 50 złotych kosztują 50 dolarów za dobę :)

Jeszcze w Peru przypadkiem spotkałem Davida z Budapesztu, który wpadł na podobny pomysł co ja, tylko jedzie z Kolumbii do Rio de Janeiro. Zgadaliśmy się i kilka dni później David odebrał mnie z chilijskiej granicy. Przejechaliśmy wspólnie kilkaset kilometrów. David jeździ nieco szybciej i robi dłuższe dystanse, mimo że ma teoretycznie mniejszy motocykl. No ale on ma Hondę. Być może zrobimy razem jeszcze jakąś trasę, bo nasze kierunki częściowo się pokrywają.

From South America 2013

Na szlaku dalej wieje, ale czasem wieje mniej i jest bardzo przyjemnie. Odnalazłem wreszcie te piękne przybrzeżne trasy, które sobie wyobrażałem.

From South America 2013
From South America 2013

Druga połowa Peru była zdecydowanie lepsza; odbiłem też trochę w góry, żeby zobaczyć coś innego niż przybrzeżne piaski. Niestety wypad w góry zwykle okupiony był zmoknięciem. Na jeżdzenie po górach trzeba tu przyjechać w czerwcu.

From South America 2013
From South America 2013

Spotkałem również grupę Polaków z Wrocławia, którzy po usłuszeniu moich deszczowych relacji sprezentowali mi nieprzemakalne wdzianko dla wędkarzy :) W sam raz dla początkującego motocyklisty!

From South America 2013

Dziś jadę na pustynię Atacama, gdzie spotykam się z Davidem. Potem być może w jakiś sposób zrobimy Bolivię. Jeszcze nie wiem jak, bo w południowej Bolivii jest tylko Piękna Dzicz, a sklepów, hoteli, internetu i benzyny nie uświadczysz. Ale jest tam solna pustynia, która mnie bardzo nęci.

Kupiłem też bilet powrotny do Europy. Wylatuję 15 marca z Porto Alegre. A zatem jeszcze tylko Bolivia, Argentyna, Paragwaj, Urugwaj, kawałek Brazylii - i będę w pięknej Polsce :) Trzymajcie kciuki za wczesną wiosnę!

From South America 2013
Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Przez Limę

luty 5th, 2013

Niedziela to był dobry dzień, by przejechać przez Limę - ośmiomilionową stolicę trzydziestomilionowego państwa. Uczyniłem to nad wyraz sprawnie, niczym rasowy dawca organów śmigając w lukach między samochodami z zupełnie nową dla mnie prędkością = 90 km/h. Trafiłem tylko na jeden korek, który zgrabnie ominąłem jadąc chodnikiem.

Doświadczenie drogowe nabyte w Azji jest poniekąd przydatne w Ameryce Południowej, aczkolwiek azjatyckie standardy jawią mi się dziś jako błogie wspomnienie.

W Azji fukcjonuje coś takiego, jak kultura motocyklowa. Motocykle są powszechne i uprzywilejowane. Przejawia się to na przykład tym, że na światłach - na pierwszym miejscu, przed samochodami - znajduje się często specjalny pas właśnie dla motocykli. A jeżeli takiego pasa nie ma, to i tak wszyscy skuterowcy się ustawiają na przedzie, bo jak wiadomo motocykle rozpędzają się szybciej niż samochody.

Innym przejawem azjatyckiej kultury motocyklowej jest to, że motocykle mogą jeździć pod prąd poboczem lub bokiem drogi, i nikt nie robi z tego wielkiego halo. W niektórych miejscach jest wręcz oznaczenie typu “zakaz wjazdu - nie dotyczy motocykli”.

Przede wszystkim jednak na motocykle w Azji się uważa. Wynika to moim zdaniem z faktu, że prawie każdy ma motocykl i prawie każdy wie, jak to jest poruszać się na motocyklu. Więc nawet jeżeli jedzie autem, to motocyklistów traktuje z odpowiednią rezerwą. Ogólnie w Azji jeździ się raczej powoli, około 40-50 km/h i *każdy* zwraca uwagę na *każdego*.

W Ameryce Południowej jest nieco inaczej. Jest mniej motocykli, więcej samochodów, wszystko odbywa się z większą prędkością i *nikt* nie zwraca uwagi na *nikogo*. Lokalni kierowcy wychodzą najwidoczniej z założenia, że skoro jadą, to przecież widać co robią, więc niech inni się do nich dostosują.

A zatem zupełnie normalnym widokiem jest, gdy duży jadący z przeciwka pickup nagle bez kierunkowskazu zjeżdza na mój pas ruchu i jedzie prosto na mnie, by za moment zatrzymać się pod sklepem, blokując mi drogę. Normalnym jest też, że przez równorzędne skrzyżowanie jak kamikadze przejeżdza rozpędzony rikszarz, nawet nie używając wcześniej klaksonu.

Przejazd przez rondo czyni się zazwyczaj po najkrótszej trajektorii - czyli na skos, przy czym wcale nie jest oczywiste, że pojazdy znajdujące się na rondzie mają pierwszeństwo przed wjeżdzającymi.

Kierunkowskazy są używane wyłącznie przez długodystansowe minivany, które jeżdzą cały dzień od miasta do miasta na światłach awaryjnych, sygnalizując w ten sposób chęć zabrania kolejnych pasażerów. Inne pojazdy raczej migaczy nie stosują, poza przypadkami gdy któryś przypadkiem włączył i zapomniał - i jedzie tak przez 10 kilometrów.

Rikszarze czasem wystawiają rękę celem zasygnalizowania kierunku, ale tylko jeżeli mają czas między intencją a działaniem, co zdarza się nieczęsto. Trójkołowe motoriksze dysponują ponadto niesamowitą umiejętnością zawracania w miejscu, co ochoczo i bez zapowiedzi czynią. Jadąc za rikszarzem trzeba być bardzo czujnym, gdyż nigdy nie wiadomo, czy przypadkiem nie przyjdzie mu do głowy zawrócić.

Oczywistym dla każdego Europejczyka jest, że motocykle w korkach przeciskają się między samochodami i mają na to ciche przyzwolenie. Niestety w Peru nie da się stosować tej taktyki, bo tutaj to taksówki, minibusy i riksze przeciskają się między innymi towarzyszami korkowej niedoli. Efekt jest taki, że w korku na trzypasmowej drodze funkcjonuje sześć pasów ruchu. Trzy “ustawowe” plus dwa pasy dla taksówek między nimi, plus chodnik lub dziurawe pobocze dla motocykli.

Najciekawsze ze wszystkiego są jednak przystanki autobusowe. Nie widać ich, nie są w żaden sposób oznaczone, ale jednak istnieją i funkcjonują! Każdy Peruwiańczyk wie, że jeżeli chce wsiąść do autobusu, to musi po prostu stanąć obok drogi i zamachać - a wtedy najbliższy minibus zatrzyma się i go zabierze. A że Peruwiańczyków jest stosunkowo dużo, to stoją przy drogach i machają rękami, rozstawieni w odstępach mniej więcej stumetrowych. I co jakieś sto metrów minibus zatrzymuje się i zabiera lub wypuszcza Peruwiańczyka, blokując na 15 sekund swój pas ruchu.

W Limie były cztery pasy. Pas prawy składał się z minibusów zabierających lub wypuszczających pasażerów. Pas drugi od prawej składał się z minibusów omijających minibusy, które akurat się zatrzymały by zabrać lub wypuścić pasażerów. Pas trzeci składał się z ciężarówek, a pas lewy - z całej reszty. I właśnie tamtędy jakoś udało mi się przejechać  :) .

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop