Międzyczas
Po powrocie z Podróży w sierpniu 2009 trzeba było zabrać się do wygrzebywania z kłopotów, przed którymi zdezerterowałem rok wcześniej. A było tego sporo: długi w skarbowym, długi w ZUSie, niespłacona karta w banku, stare rachunki za telefon + różne długi u znajomych.
Na szczęście 10 miesięcy medytowania w słonecznych klimatach pozwoliło mi nabrać dystansu do problemów i odzyskać wiarę w siebie, więc do roboty zabrałem się dość żwawo. Udało mi się na nowo odnaleźć – tj. odkryć nowe źródło zarobkowania (wnioski unijne) i poznać Katkę z Katowic, z którą tworzymy bardzo udany związek.
Świeżej energii starczyło na kilka miesięcy, po czym górę zaczęła brać szara polska rzeczywistość. Po pierwszej zimie w kraju już nie dziwiłem się dlaczego nasi rodacy tak dużo narzekają. Polska daje popalić – i to nie tylko w przenośni. Jeszcze na początku lipca 2010 rozpalałem w piecu, bo na dworze było tak zimno, że w moim mózgu obumierały wszelkie zarodki optymizmu.
Duchowa perspektywa gdzieś się ulotniła i już tylko czasem nachodziły mnie przebłyski, że gdzieś tam… w Indonezji… czeka na mnie Dobry Zielony Świat: uśmiechnięci ludzie, ciepłe poranki, niskie ceny, artystyczna atmosfera oraz avocado juice z czekoladą. Kolejna polska zima już była na horyzoncie, gdy postanowiliśmy z Kachną, że nie damy się zahibernować. Koniec z polską zimnicą, cała naprzód ku nowej przygodzie - jedziemy na Bali!
PKP + RyanAir + Air Asia (x2) + LionAir = DUŻO STRESÓW
Niestety przygoda zaczęła się tym razem odrobinę za wcześnie – gdyż już we Wrocławiu okazało się, że nasz misternie utkany plan lotów (z trzema przesiadkami) bierze w łeb, a Polska wcale nie chce nas tak łatwo wypuścić! Wszystko dzięki kilkugodzinnym opóźnieniom w PKP. Ja byłem na wrocławskim lotnisku już wcześniej, a Kasia dojeżdżała pociągiem z Katowic. Pociąg utknął w korku w pod Opolem. Katka przesiadła się do jakiegoś samochodu razem z innymi ludźmi, którzy też chcieli zdążyć na ten lot – i pojawił się cień szansy, że jednak dojedzie.
Stres był niesamowity, gdyż moje bagaże już były zapakowane na pokład Ryanaira, odlot za 10 minut, wołają mnie przez megafon – a ja czekam twardo przy bramce, gdyż Katki jeszcze w ogóle nie ma na lotnisku! No a sam przecież nie polecę.
Katka wparowała na halę odlotów dosłownie o półtorej minuty za późno. „Sorry Gregory, nie lecą Państwo” - poinformowała nas uprzejmie pani w okienku, natomiast Pan Bagażowy mniej uprzejmie skomentował: „Następnym razem to niech się pan wcześniej decyduje, czy pan leci czy nie, bo znaleźć jeden plecak w sześciu tonach innych bagaży to nie jest takie hop-siup!”. Okazało się bowiem, że bagaż bez pasażera polecieć nie może, więc musieli go na szybko odszukać i wyładować.
No więc okej – odzyskałem mój bagaż, jest Katka, ale co dalej? Uciekł nam właśnie samolot do Londynu, skąd wieczorem startuje nasz jumbo-jet AirAsia do Kuala Lumpur. I trochę głupio byłoby się na niego spóźnić, bo nikt nam nie odda kasy jeżeli się nie zjawimy na czas. Zacząłem wątpić, czy w ogóle uda nam się wydostać w tym dniu z Wrocławia, nie mówiąc już o opuszczeniu Europy…
Na szczęście okazało się, że jest szansa! Samolot z Katowic, który daje nam około 60-minutowe okienko przed lotem do Azji. I nawet jest to samolot Ryanaira. I nawet ma wolne miejsca! I nawet - cóż za niesamowita okazja! - za jedyne 450 PLN od osoby można przebukować nasze bilety. Nie zastanawiając się zbyt długo wyciągnąłem kartę płatniczą i obserwowałem, jak w dwie sekundy znika nasze dwutygodniowe wyżywienie na Bali…
Na nowy lot zdążyliśmy tylko dzięki temu, że mój kolega Tomek wziął wolne z pracy i zawiózł nas samochodem z powrotem na górny Śląsk (dzięki jeszcze raz Tomku!!). W podróży zdołaliśmy złapać odrobinę oddechu i nabrać nadziei, że jednak wszystko się uda. Nie wiedzieliśmy wtedy jeszcze, że prawdziwy stres czeka nas dopiero w Londynie.
Bieg po zdrowie i 32 kg bagażu podręcznego
Na Stansted wylądowaliśmy zgodnie z planem - czyli dokładnie w momencie, gdy AirAsia kończyła przyjmowanie pasażerów na lot do Kuala Lumpur. Ale ktoś nam podszepnął, że 60 minut rezerwy jest nieco na wyrost - i mieliśmy nadzieję, że jeżeli szybko przeprawimy się przez bramki, to bez większych problemów nas obsłużą.
RyanAir z charczących głośników odegrał swoje fanfary chwaląc się kolejnym lotem, który przybył na czas. Okazało się jednak, że radość jest przedwczesna. Wylądowaliśmy, zaparkowaliśmy i… na tym stanęło. Czekamy 2 minuty, 5 minut, 10 minut. Ludzie powstawali z siedzeń, trzymają nerwowo bagaże - a stewardessa informuje, że jeszcze nie można opuścić samolotu, gdyż na Stansted nie są gotowi żeby nas obsłużyć. Powód: ktoś z obsługi lotniska zapomniał otworzyć drzwi od terminalu. Poczułem, że z desperacji pocą mi się nawet łokcie.
Gdy już nas wypuścili, odstawiliśmy z Kachną najprawdziwszy “bieg po zdrowie”. Co najmniej 2 kilometry lotniskowych labiryntów, w pełnym rynsztunku, w 9 minut. Szczęście sprzyjało - nasze plecaki wyskoczyły z maszyny jako pierwsze, Kachnie udało się nie zemdleć, ludzie przepuścili nas na Immigration - i na 30 minut przed odlotem byliśmy już przed stanowiskiem AirAsia… które było zamknięte na cztery spusty.
Cała zresztą hala odlotów była pusta, głucha i ciemna, wróciliśmy więc do jedynego światełka, które w dzikim pędzie mijaliśmy po drodze. Okazało się, że jest to stanowisko przeznaczone specjalnie dla spóźnialskich i innych nietypowych przypadków - jak Mirek i Katka
Dwie miłe Panie poinformowały nas z uśmiechem, że nie ma absolutnie żadnych szans, abyśmy dostali się na nasz lot, bo przyjmowanie bagaży jest już zakończone - a z tego co ona widzi, mamy ze sobą dwa pokaźne plecaki i torbę. Limit bagażu podręcznego wynosi 7 kilo na osobę, więc co najwyżej możemy się przebukować na następny lot, który jest za dwa dni.
No cóż.. nasze plany nie przewidywały dwudniowego zwiedzania Londynu (w listopadzie, brrr!). Poza tym z Kuala Lumpur mieliśmy już wykupiony lot do Indonezji - i trochę głupio byłoby się na niego spóźnić, bo nikt nam nie odda kasy jeżeli się nie zjawimy na czas
Zaczęło się zatem jęczenie, błaganie, wywracanie oczami i przekonywanie, że dostanie się na pokład grzejącego już silniki Boeinga jest nie tylko naszym marzeniem, ale również życiowym przeznaczeniem, niezbędnym elementem w teorii chaosu - i co za tym idzie, jedyną szansą na uratowanie planety!
Nie wiem, który z argumentów zadziałał - ale ostatecznie jedna z Pań wykonała kilka telefonów, po czym osobiście odprowadziła nas do bramki i przekonała resztę obsługi, że nasze torby wcale nie są tak wielkie, jak się wydaje. Koniec końców: zapakowaliśmy się do jumbo-jeta z całym naszym dobytkiem oznaczonym jako bagaż podręczny i po krótkiej chwili odlecieliśmy w stronę Dobrego Zielonego Świata.
Podziel się z innymi! Dodaj wpis do: