Back to Bali: wrażenia i przemyślenia

styczeń 22nd, 2011

Moją pierwszą wizytę na Bali (przełom 2008/2009) zapamiętałem jako najlepszy okres od czasów beztroskiego dzieciństwa. Trzy miesiące słonecznej sielanki, wygodnego mieszkania, pysznego jedzenia, uśmiechniętych i uczynnych ludzi, wycieczek na skuterze – a wszystko to w cenie 15 USD dziennie. Warunki idealne dla tzw. rozwoju osobistego, czyli głębokich rozważań nad sensem życia, czytania książek, inspiracji, pisania w pamiętniku i medytowania. Prawie dokładnie jak w książce Elizabeth Gilbert „Jedz, módl się, kochaj”.

Powrót nieco mnie zaskoczył.

Po pierwsze – nie byłem już sam, tylko z Katką. To może banalne spostrzeżenie, ale we dwoje podróżuje się zupełnie inaczej niż solo! Przede wszystkim wchodzi się w mniej interakcji z innymi ludźmi. Kiedy jeździłem w pojedynkę, to automatycznie integrowałem się z innymi turystami albo lokalsami. Natomiast jako podróżująca para – jesteśmy z Katką praktycznie „samowystarczalni”, nie mamy potrzeby zagadywać innych bo dobrze nam się rozmawia ze sobą. Inni też raczej nie dosiadają się do „zakochanej pary” - no i kółko się zamyka. Wniosek: podróżując we dwoje, trzeba świadomie starać się o nawiązywanie kontaktów z innymi podróżnikami.

Po drugie – (kolejny banalny wniosek): okazało się, że wszystko się zmienia. Również Bali. Trochę bardziej tłoczno bo wszyscy obejrzeli Eat Pray Love i pojechali się lansować, trochę wyższe ceny bo lanserzy psują rynek, trochę inna pora roku i więcej chmur. Potrzebowałem paru dni aby przetrawić mój wyidealizowany obraz ze wspomnień i dojść do wniosku, że „bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście”. Mimo wszystko Bali jest wciąż moim ulubionym miejscem na Ziemi :)

Po trzecie – okazało się, że Bali dostarcza co prawda idealnych warunków do osiągania nirwany i wyższych stanów umysłu, ale nie jest to warunek wystarczający. Będąc na Bali za pierwszym razem, doświadczałem bardzo dobrej formy duchowej, intelektualnej i fizycznej. Przychodziły mi do głowy mądre wnioski, chciało mi się myśleć nad życiem i abstrakcyjnymi tematami. Wydawało mi się, że takie „klimaty” powrócą jak tylko znowu wyląduję w Ubud. Niestety – tym razem się to nie stało. Dopiero po sześciu tygodniach wyluzowałem się na tyle, aby mieć ochotę na jakiekolwiek głębsze rozmyślania. Ale przywiezionej ze sobą „Jogi Vasisthy” nawet nie tknąłem.

Dlaczego tym razem nie zadziałało tak dobrze? Bo poprzednio na Bali trafiłem po 10 tygodniach medytowania i relaksowania się w hinduskich ashramach, a teraz wpadłem prosto z biznesowej bieganiny. Wniosek: chcąc skorzystać z Bali w 100%, trzeba tam przyjechać już wypoczętym. Tak samo jak Pani Gilbert, ta od książki.

P.S. Zapraszamy na bloga naszych przyjaciół, którzy byli razem z nami na Bali. To był ich pierwszy raz, więc na pewno mają wiele świeżych spostrzeżeń: http://travellerlogbook.blogspot.com/

P.S. 2: a tutaj trochę naszych fotek z Bali 2010/2011

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

My odpocząć możemy i w biegu!

styczeń 21st, 2011

Międzyczas

Po powrocie z Podróży w sierpniu 2009 trzeba było zabrać się do wygrzebywania z kłopotów, przed którymi zdezerterowałem rok wcześniej. A było tego sporo: długi w skarbowym, długi w ZUSie, niespłacona karta w banku, stare rachunki za telefon + różne długi u znajomych.

Na szczęście 10 miesięcy medytowania w słonecznych klimatach pozwoliło mi nabrać dystansu do problemów i odzyskać wiarę w siebie, więc do roboty zabrałem się dość żwawo. Udało mi się na nowo odnaleźć – tj. odkryć nowe źródło zarobkowania (wnioski unijne) i poznać Katkę z Katowic, z którą tworzymy bardzo udany związek.

Świeżej energii starczyło na kilka miesięcy, po czym górę zaczęła brać szara polska rzeczywistość. Po pierwszej zimie w kraju już nie dziwiłem się dlaczego nasi rodacy tak dużo narzekają. Polska daje popalić – i to nie tylko w przenośni. Jeszcze na początku lipca 2010 rozpalałem w piecu, bo na dworze było tak zimno, że w moim mózgu obumierały wszelkie zarodki optymizmu.

Duchowa perspektywa gdzieś się ulotniła i już tylko czasem nachodziły mnie przebłyski, że gdzieś tam… w Indonezji… czeka na mnie Dobry Zielony Świat: uśmiechnięci ludzie, ciepłe poranki, niskie ceny, artystyczna atmosfera oraz avocado juice z czekoladą. Kolejna polska zima już była na horyzoncie, gdy postanowiliśmy z Kachną, że nie damy się zahibernować. Koniec z polską zimnicą, cała naprzód ku nowej przygodzie - jedziemy na Bali!

PKP + RyanAir + Air Asia (x2) + LionAir = DUŻO STRESÓW

Niestety przygoda zaczęła się tym razem odrobinę za wcześnie – gdyż już we Wrocławiu okazało się, że nasz misternie utkany plan lotów (z trzema przesiadkami) bierze w łeb, a Polska wcale nie chce nas tak łatwo wypuścić! Wszystko dzięki kilkugodzinnym opóźnieniom w PKP. Ja byłem na wrocławskim lotnisku już wcześniej, a Kasia dojeżdżała pociągiem z Katowic. Pociąg utknął w korku w pod Opolem. Katka przesiadła się do jakiegoś samochodu razem z innymi ludźmi, którzy też chcieli zdążyć na ten lot – i pojawił się cień szansy, że jednak dojedzie.

Stres był niesamowity, gdyż moje bagaże już były zapakowane na pokład Ryanaira, odlot za 10 minut, wołają mnie przez megafon – a ja czekam twardo przy bramce, gdyż Katki jeszcze w ogóle nie ma na lotnisku! No a sam przecież nie polecę.

Katka wparowała na halę odlotów dosłownie o półtorej minuty za późno. „Sorry Gregory, nie lecą Państwo” - poinformowała nas uprzejmie pani w okienku, natomiast Pan Bagażowy mniej uprzejmie skomentował: „Następnym razem to niech się pan wcześniej decyduje, czy pan leci czy nie, bo znaleźć jeden plecak w sześciu tonach innych bagaży to nie jest takie hop-siup!”. Okazało się bowiem, że bagaż bez pasażera polecieć nie może, więc musieli go na szybko odszukać i wyładować.

No więc okej – odzyskałem mój bagaż, jest Katka, ale co dalej? Uciekł nam właśnie samolot do Londynu, skąd wieczorem startuje nasz jumbo-jet AirAsia do Kuala Lumpur. I trochę głupio byłoby się na niego spóźnić, bo nikt nam nie odda kasy jeżeli się nie zjawimy na czas. Zacząłem wątpić, czy w ogóle uda nam się wydostać w tym dniu z Wrocławia, nie mówiąc już o opuszczeniu Europy…

Na szczęście okazało się, że jest szansa! Samolot z Katowic, który daje nam około 60-minutowe okienko przed lotem do Azji. I nawet jest to samolot Ryanaira. I nawet ma wolne miejsca! I nawet - cóż za niesamowita okazja! - za jedyne 450 PLN od osoby można przebukować nasze bilety. Nie zastanawiając się zbyt długo wyciągnąłem kartę płatniczą i obserwowałem, jak w dwie sekundy znika nasze dwutygodniowe wyżywienie na Bali…

Na nowy lot zdążyliśmy tylko dzięki temu, że mój kolega Tomek wziął wolne z pracy i zawiózł nas samochodem z powrotem na górny Śląsk (dzięki jeszcze raz Tomku!!). W podróży zdołaliśmy złapać odrobinę oddechu i nabrać nadziei, że jednak wszystko się uda. Nie wiedzieliśmy wtedy jeszcze, że prawdziwy stres czeka nas dopiero w Londynie.

Bieg po zdrowie i 32 kg bagażu podręcznego

Na Stansted wylądowaliśmy zgodnie z planem - czyli dokładnie w momencie, gdy AirAsia kończyła przyjmowanie pasażerów na lot do Kuala Lumpur. Ale ktoś nam podszepnął, że 60 minut rezerwy jest nieco na wyrost - i mieliśmy nadzieję, że jeżeli szybko przeprawimy się przez bramki, to bez większych problemów nas obsłużą.

RyanAir z charczących głośników odegrał swoje fanfary chwaląc się kolejnym lotem, który przybył na czas. Okazało się jednak, że radość jest przedwczesna. Wylądowaliśmy, zaparkowaliśmy i… na tym stanęło. Czekamy 2 minuty, 5 minut, 10 minut. Ludzie powstawali z siedzeń, trzymają nerwowo bagaże - a stewardessa informuje, że jeszcze nie można opuścić samolotu, gdyż na Stansted nie są gotowi żeby nas obsłużyć. Powód: ktoś z obsługi lotniska zapomniał otworzyć drzwi od terminalu. Poczułem, że z desperacji pocą mi się nawet łokcie.

Gdy już nas wypuścili, odstawiliśmy z Kachną najprawdziwszy “bieg po zdrowie”. Co najmniej 2 kilometry lotniskowych labiryntów, w pełnym rynsztunku, w 9 minut. Szczęście sprzyjało - nasze plecaki wyskoczyły z maszyny jako pierwsze, Kachnie udało się nie zemdleć, ludzie przepuścili nas na Immigration - i na 30 minut przed odlotem byliśmy już przed stanowiskiem AirAsia… które było zamknięte na cztery spusty.

Cała zresztą hala odlotów była pusta, głucha i ciemna, wróciliśmy więc do jedynego światełka, które w dzikim pędzie mijaliśmy po drodze. Okazało się, że jest to stanowisko przeznaczone specjalnie dla spóźnialskich i innych nietypowych przypadków - jak Mirek i Katka :)

Dwie miłe Panie poinformowały nas z uśmiechem, że nie ma absolutnie żadnych szans, abyśmy dostali się na nasz lot, bo przyjmowanie bagaży jest już zakończone - a z tego co ona widzi, mamy ze sobą dwa pokaźne plecaki i torbę. Limit bagażu podręcznego wynosi 7 kilo na osobę, więc co najwyżej możemy się przebukować na następny lot, który jest za dwa dni.

No cóż.. nasze plany nie przewidywały dwudniowego zwiedzania Londynu (w listopadzie, brrr!). Poza tym z Kuala Lumpur mieliśmy już wykupiony lot do Indonezji - i trochę głupio byłoby się na niego spóźnić, bo nikt nam nie odda kasy jeżeli się nie zjawimy na czas :)

Zaczęło się zatem jęczenie, błaganie, wywracanie oczami i przekonywanie, że dostanie się na pokład grzejącego już silniki Boeinga jest nie tylko naszym marzeniem, ale również życiowym przeznaczeniem, niezbędnym elementem w teorii chaosu - i co za tym idzie, jedyną szansą na uratowanie planety!

Nie wiem, który z argumentów zadziałał - ale ostatecznie jedna z Pań wykonała kilka telefonów, po czym osobiście odprowadziła nas do bramki i przekonała resztę obsługi, że nasze torby wcale nie są tak wielkie, jak się wydaje. Koniec końców: zapakowaliśmy się do jumbo-jeta z całym naszym dobytkiem oznaczonym jako bagaż podręczny i po krótkiej chwili odlecieliśmy w stronę Dobrego Zielonego Świata.

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Zmiany na blogu i trochę newsów.

lipiec 17th, 2010

W ostatnim czasie miałem dylematy w kwestii niniejszego bloga.

Blog powstał z okazji wyprawy dookoła świata i pisałem go głównie po to, żeby samemu mieć pamiątkę z podróży (na kupowanie suwenirów nie miałem bowiem ani pieniędzy, ani miejsca w plecaku). Podróż się skończyła - i tym samym skończyły się tematy.

Okazuje się jednak, że oprócz relacji z wyjazdów mam ochotę od czasu do czasu podzielić się jakimiś przemyśleniami. W głowie klarują mi się różne wpisy - filozoficzne, życiowe, biznesowe i może troche satyrycznych. Postanawiam zatem poeksperymentować. W najbliższym czasie zamieszczę kilka tekstów nie-podróżniczych i zobaczymy, czy komukolwiek będzie się chciało je czytać :)

Tymczasem garść newsów.

1. Sprzedaję mojego kultowego laptoka z naklejką “I love Bali Dogs”. Wygląda na to, że aukcja na Allegro cieszy się popularnością i zbiera pozytywne recenzje czołowych krytyków literackich. Zapraszam do obejrzenia.

2. Wraz ze wspólnikiem robię nowy startup internetowy, tym razem w dziedzinie B2B.

3. W ramach traktowania życia z przymrużeniem oka - dostałem się właśnie na studia dzienne na Uniwersytecie Warszawskim na kierunku Prawo.  Tak, teraz będę prawnikiem. Oczywiście najpierw po 12 latach starań skończę psychologię, gdzie właśnie się wznowiłem i jestem na piątym roku. Studiowanie zawsze było moim hobby - tylko dopiero niedawno to sobie uświadomiłem :)

4. Najważniejsze na koniec - od prawie ośmiu miesięcy jestem w wyjątkowo udanym związku z Katką :)  Trzymajcie kciuki!

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Kreatywność się opłaca

czerwiec 22nd, 2010

Mieli jechać a Ukrainę, a wygrali bilety dookoła świata. Paweł i Magda zwyciężyli w konkursie… producenta papieru toaletowego i zgarnęli niesamowitą wakacyjną przygodę :)

Oto ich konkursowy filmik:

Zachęcam też do śledzenia ich bloga: http://27trip.blogspot.com/

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Manifesto

luty 23rd, 2010

.

To na tym ma polegać ŻYCIE??

Że kończysz studia i zaczynasz “aktywność zawodową”, którą z mozołem kontynuujesz przez 40 lat?

PO CO?


Aby kupić sobie RZECZY? Aby wygodnie mieszkać i cieszyć się z ILUZORYCZNEJ stabilności? Nie ma żadnej stabilności. Nic nie jest przewidywalne. Obrastanie w stan posiadania prowadzi tylko do braku szczęścia - bo potem musisz się martwić o ten stan posiadania.

Wydaje Ci się, że wyłącznie poprzez posiadanie RZECZY jesteś w stanie przyciągnąć do siebie ciekawych LUDZI, wzbudzić zainteresowanie? Że najpierw trzeba MIEĆ, aby BYĆ? Jest dokładnie na odwrót.

Zamiast gromadzić RZECZY, należy gromadzić Doświadczenia i Umiejętności, rozwijać swój umysł i duszę. Niechaj to one - zamiast pieniędzy - dają Ci pewność siebie. Mając wyjątkowy poziom doświadczenia życiowego - zawsze łatwo znajdziesz środki do życia, nie umrzesz z głodu.

Dlaczego by nie zrobić z życia doskonałej zabawy, permanentnej przygody, nieustającego ciągu ZMIAN AKCJI? Taka przecież jest natura istnienia! Never Stop Exploring. Niechaj dzieje się dużo! Nie pozwól swoim neuronom obumierać z nudów - ucz się ciągle czegoś nowego!

Nie ma sensu traktować życia i pieniędzy z taką powagą. Gromadzić, zabezpieczać, koncentrować się na własnym dobrobycie. Dążyć, dążyć, dążyć - do celu, który ciągle ucieka z pola widzenia. Pełne bezpieczeństwo i tak jest nieosiągalne, a luksusy cieszą tylko przez moment. To że wszyscy grają w tę grę - nie oznacza, że musisz i ty.

.

MOŻESZ STWORZYĆ WŁASNĄ GRĘ.

  • Możesz nie budować swojej tożsamości w oparciu o pozycję zawodową.
  • Możesz nie porównywać się do innych.
  • Możesz posiadać na własność choćby tylko plecak z ubraniami.

Liczy się to kim naprawdę jesteś, co masz w głowie i co w sercu.

Nie pozwól pieniądzom prowadzać Cię na sznurku.

Nie pozwól im decydować, czy jesteś szczęśliwy.

I nie bój się - nie ma czego.

Divine will take care of you.

.

Napisałem to w sierpniu 2009, zaraz po powrocie z podróży dookoła świata. Z przyjemnością mogę powiedzieć, że dziś - pomimo całej tej biznesowej bieganiny - nadal tak myślę.
Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Ukryte koszty podróżowania

grudzień 9th, 2009

Kilka osób zwróciło mi uwagę, że wyliczając w poprzednim wpisie koszty podróży dookoła świata, nie ująłem w zestawieniu bardzo ważnej kategorii wydatków, czyli zdrowia. Absolutna racja, dlatego dziś kilka słów o dodatkowych kosztach, które trzeba przewidzieć planując podbój innych kontynentów.

O ile w świadomości turystów dość dobrze zakorzeniona jest potrzeba wykupienia ubezpieczenia podróżnego, to nie każdy wie o tym, iż wybierając się w egzotyczne rejony świata, trzeba również zabezpieczyć się przed przeróżnymi wirusami, bakteriami i pasożytami, które tylko czekają na nasz dziewiczy układ immunologiczny “człowieka biurowego” (homo laptopus).

W Europie ludzie przywykli już do tego, że podstawowym problemem są choroby cywilizacyjne, jak ból kręgosłupa, otyłość czy cukrzyca. Biedniejsze części świata oferują dużo szersze spektrum potencjalnych zagrożeń:

Warto zatem sprawdzić, co się do nas może przyssać w rejonie, w który się wybieramy - w tym celu należy odpowiednio wcześniej odwiedzić lekarza medycyny podróży. On poradzi na co trzeba się zaszczepić i jakie środki ostrożności stosować. Z pewnością poinformuje Was również, iż na najgorsze paskudztwa szczepionek jeszcze nie wynaleziono  :)

Ja przed wyjazdem w rejony azjatyckie szczepiłem się na: żółtaczkę typu A i B, dur brzuszny, polio, tężec i błonicę. Do Ameryki Pd i Afryki trzeba dodatkowo zaszczepić się przeciw żółtej febrze.

Komplet szczepień w warszawskiej WSSE to wydatek 800-1000 PLN.  Sporo, ale większość szczepionek starcza aż na 10 lat. Najdroższa jest żółtaczka, gdyż trzeba wziąć minimum 3 serie zastrzyków – co z kolei oznacza, że trzeba zacząć się szczepić najpóźniej na miesiąc przed wyjazdem!

Nie istnieją szczepionki na dengę i malarię – choroby przenoszone przez komary. Denga to wirus, malaria to pasożyt. W obu przypadkach efekty są bardzo nieciekawe i wymagają hospitalizacji. I o ile na malarię istnieją jakieś sensowne leki, to dengę leczy się objawowo, czyli paracetamolem i intensywnymi modlitwami.

Dlatego bardzo istotne jest, aby sensownie zabezpieczać się przed komarami. W ciągu dnia trzeba stosować repelenty. Im dalej od miasta, oraz im bardziej wilgotno, tym więcej komarów. Zalecane sa preparaty zawierające deet, jednak nie można z nimi przesadzać, bo one są mocno toksyczne i odczuwalnie podnoszą temperaturę ciała. Ja stosowałem standardowe, kupowane lokalnie repelenty w kremie, gdyż było to dużo tańsze rozwiązanie.

W nocy, jeżeli śpicie na zewnątrz, niezbędna jest moskitiera. W mniej przewiewnych pomieszczeniach wystarczy zapachowy preparat przeciwko komarom zasilany prądem, choć bardziej wrażliwe osoby może od tego boleć głowa.

Istnieją także leki profilaktyczne przeciwko malarii. Najbardziej popularny preparat nazywa się Malarone. Kosztuje sporo i nie można go zażywać długoterminowo, bo padnie wam wątroba. Jednak jeżeli jedziecie w tropiki tylko na kilka tygodni, to chyba jest najwygodniejsze rozwiązanie – codziennie wziąć tabletkę i nie musieć panikować, gdy coś was ugryzie. Malarone można kupić legalnie w aptece na recepte, lub nielegalnie na podróżniczych forach dyskusyjnych.

Generalnie – trzeba na siebie uważać, ale moim zdaniem nie należy popadać w skrajności. Zawsze istnieje jakieś ryzyko i nie da się przed wszystkim zabezpieczyć.

Dlatego niezbędny jest zakup ubezpieczenia podróżnego, gdyż wizyty w zagranicznych placówkach zdrowia mogą się okazac bolesne dla portfela. Przy wyborze ubezpieczenia trzeba zwrócić uwagę na to, do jakiej kwoty musicie wykładać z własnych pieniędzy. Niektóre ubezpieczalnie ustalają ten limit nawet na 2000 PLN!

Ja ubezpieczałem się w TravelNation ale nie musiałem korzystać z ich pomocy - więc nie wiem, czy można ich polecić. Jednak TravelNation to dość znana firma i ich ubezpieczenie jest sygnowane przez AXA, więc w połączeniu z dobrą ceną to mnie przekonało. Trzymiesięczne ubezpieczenie kosztuje 99 GBP (450 zł), roczne 250 GBP (1140 zł).

Dobrą opinię słyszałem o PZU – w Indonezji jeden znajomy Polak zachorował na dengę i został hospitalizowany. Nie było żadnych problemów, nie musiał wykładać własnych pieniędzy – i tylko ubezpieczalnia dzwoniła codziennie do szpitala pytać się, czy już go wypisali :)

Kilka przydatnych linków:

Ogólnopolska lista poradni, gdzie można się umówić z lekarzem medycyny podróży:

http://www.cimp.pl/lista-poradni.html

Mapka rejonów zagrożonych malarią:

http://www.malaria.com.pl/index.aspx?id=17

Ubezpieczenie:

http://www.roundtheworldinsurance.co.uk/

http://www.wojazer.pzu.pl/

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Round The World 2

wrzesień 16th, 2009

Pomiędzy innymi zadaniami i mysleniem o biznesie, tak jakby zupełnie mimochodem, urodził mi się w głowie plan kolejnej podróży dookoła świata :)

Wygląda następująco:

  • Czas trwania: 6 miesięcy
  • Start w październiku 2010 lub 2011 (zależnie jak szybko pójdzie odkładanie kasy)
  • Koszty: 9 tys PLN bilet RTW Global Explorer w British Airways + 14 tys PLN na życie = 23 tys PLN.
  • Standard: backpackerski, ale bez konieczności namiotów - budżet przewiduje spanie wewnątrz.

Szczegóły:

  • 4 tygodnie w Afryce:  Maroko, Egipt i lemury na Madagaskarze :) Waham się odnośnie RPA lub innych afrykańskich krajów - może ktoś ma pomysły?
  • Następnie skok na 8 tygodni do Ameryki Południowej. Zaczynamy w Ekwadorze i na własną rękę przejeżdzamy do Buenos Aires w Argentynie zwiedzając po drodze Peru, Boliwię i Chile. Nauka hiszpańskiego w trybie expresowym.
  • Nowa Zelandia - wyspa południowa - 2 tygodnie wycieczka autokarem lub wynajętym samochodem.
  • Australia - 2 tygodnie - wynajem campervana i przejazd z Melbourne do Perth przez południe Australii - z odbiciem na Uluru (Ayers Rock) po drodze.
  • 7 tygodni w Południowo Wschodniej Azji: Bali, Wietnam, Kambodża, Tajlandia, Laos - przejazd głównie lądem na własną rękę
  • Skok na chwilę do Lhasy - stolicy Tybetu
  • Około tygodnia w Iranie (Teheran)
  • Około tygodnia w Turcji (Istambuł)
  • Około tygodnia na Ukrainie (Odessa i Krym)

Razem 19 państw, 5 kompletnie różnych kręgów kulturowych  i 26 tygodni przygody  :) Tym razem na pewno już nie ruszam w pojedynkę.

Kto się pisze?

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

PARP PO IG 8.1

wrzesień 12th, 2009

Nie wiem dlaczego wszyscy siedzą cicho i udają, że nic się nie dzieje. Fama już dawno poszła. Pewnie ci co wiedzą liczą na to, że inni może jeszcze nie wiedzą i w związku z tym będzie mniejsza konkurencja. Nic z tego.

Wiedzą już wszyscy. Studenci, absolwenci, ciotki, kuzyni, wujkowie a nawet Pani Marysia - każdy pisze wniosek o dofinansowanie na e-usługę z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości. Ja piszę i wszyscy moi koledzy też piszą. I dostają - jedni 350, inni 600, a jeszcze inni 800 … tysięcy złotych dofinansowania na rozwój nowych projektów internetowych.

  • Słowo klucz: PARP PO IG 8.1.
  • Czyli: Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, Program Operacyjny Innowacyjna Gospodarka, działanie 8.1

Pula wynosi 1,6 miliarda złotych (tysiąc sześćset milionów). Mają to teoretycznie rozdać do końca 2013 roku, jednak zainteresowanie przedsiębiorców jest tak duże, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy były już 3 tury konkursu, na które poszło czterysta baniek.

Konkurencja rośnie, środki topnieją - trzeba się pospieszyć. W innym wypadku za chwilę będziesz konkurował z e-firmami obracającymi setkami tysięcy darmowej gotówki, sam mając do dyzpozycji tylko kieszonkowe. Wszystko wskazuje na to, że przez najbliższych kilka lat biznes internetowy w Polsce będzie się robić wyłącznie ze środków unijnych.

I uważam, że jest to jeden z najszybszych i najprostszych sposobów przejścia “na swoje” i zarobienia sensownych pieniędzy. Rodacy do boju! :) Nowa Dolina Krzemowa i trzecia bańka internetowa rosną w kraju nad Wisłą.

Co trzeba zrobić, aby skorzystać z okazji?

  1. Mieć pomysł na innowacyjną e-usługę, czyli coś, co przynosi pasywny dochód przy pomocy internetu.
  2. Założyć nową firmę. To nic, jeżeli masz już jedną - dodatkowa spółka z o.o. ci nie zaszkodzi :)
  3. Wypełnić na stronie internetowej PARP 30-stronicowy wniosek, który jest skróconym biznesplanem twojego pomysłu.
  4. Zaraz po północy 26 października zająć kolejkę pod siedzibą twojej Regionalnej Instytucji Finansującej i złożyć papiery do okienka. (Nie, nie da się składać przez internet. I nie - nie można wysyłać pocztą, bo liczy się też kolejność zgłoszeń)

… a jak już wniosek przejdzie, to znaleźć inwestora, który wyłoży 15% środków na twój projekt (unia dofinansowuje aż 85%!).  Lub wziąć zaliczkę na dotację i szybko zarobić brakujące środki.

Więcej informacji na stronach:

Pozdrawiam i do zobaczenia w warszawskiej kolejce! :)

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Jak zarabiać milion dolarów rocznie, czyli CouchSurfing od środka

sierpień 9th, 2009

Ostatnim etapem przed powrotem do kraju było San Francisco - centrum Doliny Krzemowej i niemal całego amerykańskiego e-biznesu. Znów miałem sporo szczęścia - sprawy ułożyły się bardzo pomyślnie.

W San Francisco mieści się centrala Couchsurfing International, czyli organizacji, dzięki której można znaleźć darmowy nocleg na całym świecie. CouchSurfing to naprawdę duży projekt internetowy, więc bardzo chciałem przyjrzeć mu się od środka.

Będąc jeszcze w Australii wypełniłem aplikację online, a z pomocą Daniela nagrałem filmik-wizytówkę. Aplikacji nikt nawet nie przejrzał, ale zareagowali na filmik. W efekcie otrzymałem zaproszenie do pobycia w CouchSurfing Headquarters przez kilka dni w roli konsultanta marketingowo-biznesowego (wniosek: chcesz się wyróżnić - nagraj video i dołącz do CV).

Couchsurfing jest obecnie w bardzo ciekawym momencie rozwoju. Mają prawie półtora miliona zarejestrowanych użytkowników i właśnie nabrali masy krytycznej - wieść roznosi się coraz prędzej i rosną coraz szybciej. Wszystko wskazuje na to, że w 2009 bez problemów przekroczą próg miliona dolarów przychodu.

W San Francisco Headquarters mieszka i pracuje około 20 wolontariuszy, w tym założyciele serwisu. Wszystko w miarę dobrze działa, więc nikt się niczym nie stresuje, prace idą własnym tempem. Ale powolutku, powolutku grupa nieskoordynowanych zapaleńców zaczyna się zamieniać w sensownie prowadzoną organizację. Właśnie ukończyli 3-letnie prace nad Wizją i Misją :)

Couchsurfing zarabia na datkach i nieobowiązkowej weryfikacji adresu zamieszkania, która teoretycznie podnosi bezpieczeństwo interakcji z innymi użytkownikami. Aby zweryfikować swój adres trzeba wpłacić 25 USD, a CS wysyła Ci tradycyjną pocztówkę z kodem potwierdzającym. Prawie 6% użytkowników decyduje się na ten krok. Myślę, że niejeden internetowy biznes może im pozazdrościć takiego wskaźnika konwersji :)

Jako “interim consultant” pogadałem z ludźmi, pogłówkowałem i po paru dniach zrobiłem prezentacje dla zarządu na temat kierunków, w których powinni się rozwijać. Wnioski najwidoczniej się spodobały, bo powiedzieli, że mogę do nich wrócić jako long-term volunteer. A zatem udało mi się zdobyć solidny punkt zaczepienia w Californi i to mnie bardzo cieszy. Czy z niego skorzystam? Zobaczymy.

Mam mieszane uczucia, bo klimat w CouchSurfing jest dość mocno akademikowy. Połowa ekipy pali trawę, a druga połowa ostro drinkuje co wieczór.. Aż trudno uwierzyć, że ci ludzie stworzyli projekt, który zarabia milion dolarów rocznie. No ale w końcu to przecież AMERYKA :)

Na zdjęciach General Manager (po lewej) oraz social space, oczywiście na kanapie.

CouchSurfing jest organizacją Non-Profit. Brzmi to jak praca za darmo, ale tak naprawde oznacza tylko tyle, że cała kasa zostaje w firmie i nie wypłacają nikomu dywidend. Firmy nie można sprzedać, a pensje muszą być w granicach przyzwoitości. Jednak w ramach organizacji można sobie urządzić bardzo wygodne życie!

Z przychodów finansowane jest utrzymanie Campusu w centrum San Francisco oraz drugiej, ruchomej siedziby, która co rok zmienia miejsce (obecnie: Kostaryka). Wolontariusze pracują za darmo, ale zapewnia im się darmowe utrzymanie, wyżywienie oraz rozrywkę. House Manager dba o wszelkie potrzeby zapracowanej ekipy - na wyposażeniu campusu były nawet darmowe prezerwatywy :)

Pieniędzy w CouchSurfing nie brakuje. W ostatnim roku odłożyli 100 tysięcy dolarów na fundusz rezerwowy, a w tym roku zastanawiają się co zrobić z 300 tysiącami USD nadwyżki.

Prosta recepta na sukces finansowy? Zrobić coś pożytecznego - tylko najlepiej od razu w skali globalnej.

Nawet drobny pomysł przełożony na anglojęzyczny rynek może przynieść ogromne pieniądze. Tutaj możecie przeczytać w jaki sposób powstał pomysł na CouchSurfing.

Niestety w Polsce zazwyczaj kopiuje się amerykańskie pomysły i próbuje wycisnąć z nich kasę na rynku lokalnym. Nakłady pracy i finansów takie same, a rynek kilkadziesiąt razy mniejszy. Czy to ma sens?

Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop

Jedyna Słuszna Iluzja

lipiec 29th, 2009

Jeżeli rano po śniadaniu podskakujesz i włączasz głośno energetyzującą muzykę, jeżeli tańszysz po kuchni i rozpiera cię energia, jeżeli w lustrze widzisz atrakcyjną osobę

.. jeżeli masz ochotę ładnie się ubrać, chce ci się wyjść z domu i masz ochotę spotykać się ze znajomymi lub zupełnie obcymi, jeżeli nie boisz się uśmiechać do ludzi na ulicy i patrzeć im w oczy

.. jeżeli masz siłę na pchanie spraw do przodu, jeżeli chętnie odbierasz telefon, jeżeli wydaje ci się, że pomysły są warte realizacji, jeżeli masz poczucie, że wszystko się uda

.. jeżeli zwykła piosenka potrafi cię wzruszyć, jeżeli masz przebłyski głębszego sensu w otaczającym cię świecie, jeżeli masz poczucie bycia potrzebnym, jeżeli masz pomysł jak sprawić małą przyjemność osobie, którą kochasz

WTEDY NAPRAWDĘ ŻYJESZ

  • Trwaj w tej iluzji - to jedyna słuszna iluzja.
  • Obserwuj ją. Zapisz co ją wywołuje.
  • I pamiętaj o niej, gdy dopadnie cię ta druga.
Podziel się z innymi! Dodaj wpis do:
  • Facebook
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Śledzik
  • Twitter
  • Wykop